Joe Biden – apokaliptyczny comfort food

Przed ogłoszeniem wyniku wyborów prezydenckich w Stanach, CNN donosiło o tendencji wzrostowej wyszukiwania w internecie zapytań związanych ze śmieciowym jedzeniem, czy też „jedzeniem na pocieszenie”, oraz o wykupywaniu ze sklepów lodów marki Ben & Jerry. Jednak ten stres ostatecznie zakończył się autentyczną ucztą, jaką jest zwycięstwo Joe Bidena. Ucztą nadal składającą się z jedzenie na pocieszenie, bowiem trudno mi patrzeć na kandydata Demokratów w inny sposób.

Od samego przemówienia prezydenta-elekta ciekawsza były dla mnie pokazywane parę minut przed nim sceny. Rodziny i przyjaciele radośnie machający flagami amerykańskimi, wyjątkowo generyczna americana grająca w tle, maseczki z napisem BIDEN HARRIS, okrzyki „We love you, Joe!”. Zawsze fascynowało mnie zachowanie osób, które zwycięstwo polityków traktują jak własny, osobisty triumf. Nie zrozumcie mnie źle – cieszę się szczęściem ludzi, którzy świętują upadek retoryki nienawiści i rasizmu, jaką propagował Trump, ale ciężko mi pojąć niemal boskie uwielbienie dla osoby, która przecież jest neoliberalnym kapitalistą. Obserwowane przeze mnie sceny faktycznie wyglądały nie jak święto „demokracji”, tylko jak święto kapitalizmu właśnie.

Jak dowodzi w „Realizmie kapitalistycznym” Mark Fisher, kapitalizm jest ideologią wszechobejmującą na tyle, że ciężko nam wyobrazić sobie jakąkolwiek inną rzeczywistość. Doskonale ukazują to zachowania osób zarówno z Ameryki, jak i Polski, którzy – maskując swoje uczucia zdystansowaną logiką ­– niczym zaszczute zwierzęta reagują retoryczną paniką wobec jakiejkolwiek sugestii przyjęcia gdziekolwiek na Zachodzie idei związanych z socjalizmem, co w ich mniemaniu miałoby prowadzić do „upadku cywilizacji Zachodu”. Komiczne i straszne w tym podejściu jest to, że bardziej przerażające jest dla nich naruszenie status quo, niż jego niszczycielskie konsekwencje. Jak osoby, które doświadczyły potężnych traum – a świat, nie tylko zachodni, jest na nich zbudowany – wybierają kosztem zmiany to, co znajome, nawet jak oznacza to pozostanie w sytuacji w której są maltretowani i wykorzystywani.

Ciekawym zabiegiem jest łączenie kwestii ekonomicznych z ogólnie pojętymi „tradycyjnymi wartościami”, takimi jak patriotyzm czy religia (będących, swoją drogą, podobnie opresyjnymi systemami, ale to temat na inny artykuł). Jednocześnie całkowicie zawierzając patriarchalnym strukturom takim jak rząd i Kościół, takie osoby obawiają się jakiegokolwiek większego zaangażowania ekonomicznego rządu (jak na przykład w krajach skandynawskich). Utrata autonomii w ramach istniejącego dwieście lat systemu nie jest tak przerażająca, jak utrata możliwości identyfikowania się z takimi zjawiskami jak Naród, Wiara czy Państwo.

To, że kapitalizm jest strukturą opresji i wykorzystywania nie ulega wątpliwości. Poczucie stabilności, jakie gwarantuje, nie wynika z rzeczywistości zrównoważonego rozwoju, z autentycznej pewności zagwarantowanej przez jakąś formę zewnętrznej struktury, ale ze swoistego uzależnienia od ciągłej przyjemności. Slogany Bidena, trafiające idealnie w najbardziej zaniedbywane przez Trumpa problemy są takim samym konsumpcyjnym produktem jak nowy elektroniczny gadżet, śmieciowe jedzenie czy kolejny odcinek serialu, niwelujący chwilowo poczucie bezsensowności egzystencji.

Dopóki działania Bidena będą sprowadzać się do sloganów i czynów skoncentrowanych na sprawianiu dobrego wrażenia na wierzchnim poziomie, dopóty nie będzie on różnił się wiele od populistycznej retoryki Trumpa. Dajmy mu kredyt zaufania i miejmy nadzieję, że jego comfort food, chociaż stawiający raczej na słodkie smaki, niż na pikanterię kontrowersji jego poprzednika, bardziej bazujący na wytwarzaniu dopaminy, niż adrenaliny, z czasem zmieni się pełnowartościowy posiłek, składający się z faktycznych zmian wpływających na całą planetę.

Warto pomarzyć. W międzyczasie jednak warto również odrzucić idolatrię Jedynego Przywódcy, Wielkiego Ojca, na rzecz skupienia się na odpowiedzialności osobistej, oraz świadomości klasowej.