PRZENOSZĘ SIĘ NA SUBSTACK!

Pragnę poinformować wszystkich Miłych Czytelników, iż od teraz moją główną bazą (poza profilem na FB: fb.com/slowojestwirusem) będzie profil na Substacku:

slowojestwirusem.substack.com

Substack ma tą zaletę, że wystarczy podać maila i będziecie dostawać wszystkie teksty bezpośrednio na niego. Polecam! Blog będzie żył jeszcze przez jakiś czas jako baza tekstów, ale wszystko, co nowe, będzię pojawiać się na Substacku. Dziękuję za dotychczasową lekturę i do zobaczenia w nowym miejscu!

Miki Liukkonen, „O” – recenzja

Przeczytałem powieść wybitną. Powieść, która weszła do mojego top 5 powieści wszech czasów. Powieść z 2017 roku autorstwa pisarza, który nigdy już nic nie napisze. Powieść na prawie 1000 stron. Powieść przetłumaczoną tylko na francuski i… polski.

Czytaj dalej „Miki Liukkonen, „O” – recenzja” →

W temacie Trumpa, autyzmu i narcyzmu

Na najprostszym poziomie sytuacja wygląda tak, że prezydent USA jest antynaukowym idiotą. Autyzm po pierwsze nie jest czymś, co wymaga „leczenia”, tylko innym trybem funkcjonowania mózgu, po drugie wielokrotnie udowodniano, że dominujące są czynniki genetyczne (chociaż czynniki środowiskowe również niekiedy wpływają na częstotliwość występowania spektrum).

To, że te banały trzeba powtarzać bezustannie, tylko maluje obraz stanu współczesnej wiedzy naukowej populacji ogólnej (i dyskursu publicznego). Na bardziej skomplikowanym poziomie – faszyzm nienawidzi niepełnosprawności. Bo chociaż autyzm nie jest chorobą, to jest niepełnosprawnością, czyli osoby będące w spektrum nie są w stanie funkcjonować w społeczeństwie TAK JAK OSOBY NEUROTYPOWE, co wynika nie z autyzmu jako takiego, ale z tego, że SPOŁECZEŃSTWO JEST STWORZONE POD OSOBY NEUROTYPOWE. Faszystowskie marzenia o ujednoliceniu populacji, gdyż taką łatwiej kontrolować, stoją jawnej opozycji do różnorodności, jakiej elementem są osoby neuroatypowe (tak samo jak osoby LGBTQ, osoby o innym kolorze skóry, innowiercy itd.). Każdy, kto nie jest białym, heteroseksualnym,  neurotypowym, katolickim cismężczyzną bez niepełnosprawności jest wrogiem administracji faszystowskiej. A takie osoby stanowią jakiś 1% populacji świata. (Zupełnie tyle samo procent, co osoby posiadające 90% kapitału. Ciekawostka).

Na najgłębszym poziomie narcyzm/kapitalizm nienawidzi autyzmu.

To, że Trump jest osobą chorobliwie narcystyczną widzą nawet laicy, ale czemu taka osoba rządzi najpotężniejszym krajem świata? Tutaj odpowiedzią jest kapitalizm, który sam w sobie jest systemem narcystycznym (nastawionym na „osiąganie”, bogacenie się, prestiż, brak empatii i równości), który zawsze prowadzi do faszyzmu, szczególnie, gdy na czele kraju kapitalistycznego staje osoba będącego owego kapitalizmu i narcyzmu symbolem i apoteozą.

(O tym, że faszyzm to nie anomalia, ale efekt uboczny systemów kapitalistycznych pisali chociażby Theodor Adorno i Max Horkheimer, przedstawiciele tzw. Szkoły Frankfurckiej i autorzy „Dialektyki oświecenia” – ci sami, którzy w wielu prawicowych teoriach spiskowych – w ostatnich latach często powtarzanych przez Jordana Petersona – są uznawani za twórców „postmodernistycznego marksizmu kulturowego” – bytu, który nie istnieje i jest wewnętrznie sprzeczny w samej nazwie, niemniej ciekawym jest, że to właśnie osoby, które trafnie wskazały źródło faszyzmu są przez osoby do faszyzmu przymilające się dyskredytowane…).

No dobrze, ale jak się ma do tego autyzm? W mojej perspektywie (osoby autystycznej) autyzm jest poniekąd skrajnym wyrazem indywidualności, ale indywidualności szczerej, prawdziwej i głęboko osadzonej w strukturze osobowości (niezmiennej). Osoby narcystyczne (w tym miejscu upraszczam) posługują się tak zwanym „sztucznym self”, czyli osobowością wypreparowaną, oderwaną od faktycznych struktur osobowości, sztucznie napompowanym balonikiem, mającym przykryć wewnętrzną pustkę, lęk i to, że na pewnym etapie rozwoju coś poszło bardzo nie tak, przez co zdrowa osobowość nie mogła się wykształcić (Pomarańczowy Władca wciąż powtarzający, jaki jest mądry i wspaniały, jakby próbował przekonać przede wszystkim samego siebie). Jest to więc rodzaj zazdrości wobec przejawu autentyczności, który dla takich osób jak Trump jest niedostępny. Paralele wobec kapitalizmu są tutaj oczywiste – wszyscy żyjemy w coraz bardziej narcystycznej kulturze, którą media społecznościowe tylko nakręcają.

Aby ją znieść, zamiast łykać paracetamol (chociaż i tak nie wywoła u was autyzmu), warto sprzeciwiać się kapitalistycznemu narcyzmowi poprzez celebrację autentycznej (lub po prostu indywidualnej) autentyczności.

Joe Biden – apokaliptyczny comfort food

Przed ogłoszeniem wyniku wyborów prezydenckich w Stanach, CNN donosiło o tendencji wzrostowej wyszukiwania w internecie zapytań związanych ze śmieciowym jedzeniem, czy też „jedzeniem na pocieszenie”, oraz o wykupywaniu ze sklepów lodów marki Ben & Jerry. Jednak ten stres ostatecznie zakończył się autentyczną ucztą, jaką jest zwycięstwo Joe Bidena. Ucztą nadal składającą się z jedzenie na pocieszenie, bowiem trudno mi patrzeć na kandydata Demokratów w inny sposób.

Czytaj dalej „Joe Biden – apokaliptyczny comfort food” →

Święty Wkurw

Pamiętam, jak spowiadałem się z przeklinania. W paraliżującym strachu co miesiąc, lub dwa, podchodziłem do konfesjonału. Traktowałem naturalne elementy ludzkiej psychiki jako coś do wyeliminowania, czy usunięcia, a gładkie gadki księży mnie w takim podejściu wspierały. Pamiętam, jak spowiadałem się z masturbacji. Przez wiele lat ukrywając ten fakt przed spowiednikami w końcu się przełamałem, aby usłyszeć pochwałę za to, że w końcu się przyznałem, bo to „bardzo poważny grzech”. Pamiętam też, jak spowiadałem się ze „złych myśli”. W końcu w spowiedzi powszechnej przyznaje się do grzeszenia „myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. „Moja wina, moja wina, moja BARZO WIELKA wina”.

Chociaż krótko po bierzmowaniu przestałem identyfikować się jako katolik, efekty tego wszystkiego odczuwam do dzisiaj. Każdy dzień to ciągła walka ze swoimi myślami, próba ich kontroli celem osiągnięcia jakiegoś tajemniczego „progresu”, lepszego życia, szczęścia. (Myślę, że wiele osób, które odeszły z Kościoła, z czasem zamieniło zinternalizowane katolickie samobiczowanie na samobiczowanie samorozwojowe. Wiele podejść coachingowych używa dokładnie tych samych schematów mentalnych). Łatwo w tym dojść do paradoksu, w którym jest się w stanie piętnować samego siebie za posiadanie piętnujących samego siebie myśli. Takie zawirowania umysłu są w swojej istocie niezwykle uzależniające, co z kolei utrzymuje uzależnionych przy ich ulubionych dilerach nadziei – czy są nimi coachowie, czy Kościół Katolicki.

To tylko jeden aspekt katolickiego wirusa umysłowego. Drugim jest stłumienie seksualne. Oczywiście, nie wynika ono wyłącznie z indoktrynacji, ale w moim przypadku była ona wielkim elementem tego problemu. Nie każdy jako dziecko tak bardzo weźmie sobie do serca kościelny przekaz, ale ja wierzyłem w niego głęboko, jako ktoś od zawsze zainteresowany światem duchowym, którego Kościół w tamtych czasach był dla mnie jedyną, zdeformowaną reprezentacją. Myśli erotyczne były złe, masturbacja była zła, seks bez ślubu był zły. Osobistym efektem tych przekazów była wieloletnia samotność, obsesyjne myślenie na temat seksu, a raczej jego braku, lata terapii, pomimo intelektualnego zrozumienia dawno temu, że był to przekaz kłamliwy. Potrzebowałem wielu lat, aby wstyd przestał być dominującą dla mnie emocją, ale nadal regularnie doświadczam flashbacków w różnych sferach życia.


Mające miejsce protesty to erupcja emocji ludzi, którzy przez lata czuli się zniewoleni, lub młodzieży co chwilę stykającej się w szkole czy rodzinie z opresyjną mentalnością różną od ich wewnętrznej prawdy. Kwestia aborcji to tylko kropla, która przelała czarę goryczy, a rządząca partia stała się symbolem dekad mentalnego ucisku patologicznych idei Kościoła i patriarchatu. Idei, która niszczą kobiety tak samo, jak mężczyzn. Idei, które stały się tożsame z przekonaniami PiSu, co samo w sobie jest sytuacją żenującą, absurdalną i przerażającą. Osoby, które prawią o tym, że „nikt nie zmusza do wiary, nikt nie nakazuje być katolikiem” i tak dalej świadomie wybierają istnienie w abstrakcyjnej, idealistycznej krainie, w której deklaracje litery prawa są bardziej prawdziwe, niż rzeczywistość kulturowo-społeczna. Presja społeczna katolicyzmu i idei katolickich w Polsce jest dojmująca, dusząca i toksyczna.

Mający miejsce wkurw to coś więcej, niż wściekłość na wyrok Trybunału. To pierwsze stadium wyzwolenia się z marazmu, z zatkanych emocji, zrzucenie poprzez krzyk i marsz głęboko ukrytych w ciele fizycznych więzów przestarzałej moralności. To oczyszczający ogień symbolizującej życie kobiecej energii, jak hinduska bogini Kali niszczącej stary porządek, trzymającej w dłoniach głowy wrogów, a jednocześnie chroniącej naturę, niewinnych i dobro. Mający miejsce wkurw to nieuchronny element świętego procesu ostatecznej zmiany. Grzeczne stanie w miejscu, akceptowanie różnych stron, „idźcie sobie, źli panowie” zamiast „wypierdalaj” – wszystko to byłoby wpisywaniem się w upadający, stary porządek. Byłoby akceptacją przeintelektualizowanej, odciętej od życia pseudomoralności, stawiającej wyżej hipotetyczne istnienie dziecka nad faktyczną troskę o życie.

Strajk Kobiet (i nie mam tu na myśli wyłącznie organu pozarządowego stworzonego przez Martę Lempart) stał się największym ruchem pro-life w Polsce. Jest bowiem ruchem za życiem jako wolnością wyborów, jako wolnością ekspresji, jako wolnością seksualności. Osoby bojące się tej wolności jako potencjalnej siły niszczącej ich ideały muszą po prostu przyznać, że najwyraźniej ich ideały mają gliniane nogi, skoro wybory innych ludzi są w stanie je zniszczyć. Jednak to też jest w porządku – może z czasem zrozumieją, że trudno nazwać życiem odważnym i wolnym trzymanie się tożsamości zbudowanej na wstydzie i strachu. Chociaż trzymanie się tej tożsamości może być mniej przerażające, niż odrzucenie jej, to na pewno jest bardziej zniewalające.

Niech płonie święty ogień wkurwu. Z tej walki o „zabijanie”, jak to nazwałaby tę sytuację propaganda władzy, wszyscy wyjdziemy bardziej żywi.

Przynależność przez cierpienie

Jest taka scena w genialnym serialu komediowym „Crazy Ex-Girlfriend”, w której główna bohatera w trakcie bar micwy próbuje wytłumaczyć postaci spoza tego kręgu specyfikę kultury żydowskiej. Ponieważ Rebecca postrzega świat jako musical, w jej głowie święto zamienia się w piosenkę rodem z teatru żydowskiego, pod tytułem „Pamiętaj, że cierpieliśmy”. Jest to idealne podsumowanie fenomenu tworzenia tożsamości na bazie traum.

Wiemy też coś o tym, jako Polacy. Historia Polski ostatnich trzystu lat to historia ciągłych traum. Pamięć o nich jest ważna z wielu przyczyn: potrzebujemy jej, aby uczyć się na błędach, aby być w stanie zrozumieć przyczyny aktualnych wydarzeń (na przykład wzrost tendencji nacjonalistycznych podsyca historia „nieistniejącego państwa” i lęk przed powtórnym brakiem tożsamości). Kiedy jednak pamięć zamienia się w tożsamość, a cierpienie przestaje być postrzegane jako zwyczajna składowa ludzkiej egzystencji, tylko staje się tej egzystencji głównym składnikiem?

Należy podkreślić, że istnieje różnica między bólem i cierpieniem. Cierpienie zawsze rozgrywa się w głowie. I nawet w przypadkach ekstremalnych, takich jak śmiertelne choroby czy pobyt w obozie koncentracyjnym, można znaleźć świadectwa osób, które doświadczały bólu i trudów, ale nie cierpienia. Jak udawało im się to zrobić – to temat na inny tekst.

Cierpienie natomiast to siła silnie uzależniająca, jak wszystkie wywołujące emocje historie, które opowiadamy samym sobie. Oczywiście, nie można wymagać nadludzkiego wysiłku „bycia w tu i teraz”, odrzucania wewnętrznego monologu cały czas, nawet w przypadku przeżywania skrajnie dramatycznych wydarzeń – taki wymóg zamienia mądre postulaty duchowości i stoicyzmu w nieludzkie okrucieństwo. Niemniej sama świadomość charakteru cierpienia i niebezpieczeństw, które za sobą pociąga, może uchronić przed tworzeniem obrazu świata, w którym to cierpienie jest główną siłą jednoczącą ludzi.

„Ech, życie…”, „tak to już jest”, „wiadomo, jak jest” – za każdym razem, gdy słyszę te stwierdzenia angażuję się w ten rytuał wysławiania cierpiętniczego charakteru rzeczywistości, jako Nadrzędnego Faktu Na Temat Istnienia, chociaż wewnętrznie czuję dysonans z osobistym doświadczeniem. To tak, jakby jedną z barw, którymi namalowany jest świat, uznać za dominującą, podczas gdy w rzeczywistości zamalowane nią jest tylko parę centymetrów płótna. Czasem sprzeciwiam się, pokazuję inną stronę świata i wtedy zazwyczaj spotykam się z negacją pozytywnego doświadczenia, albo z wykluczeniem, na zasadzie powiedzenia między wierszami „łatwo Tobie to powiedzieć, ja mam pracę/rodzinę/chorobę/kredyt” i tak dalej. To jakiś błąd logiczny – WIĘKSZOŚĆ osób ma te doświadczenia, tak więc czy to oznacza, że większość osób jest nieszczęśliwa i cierpi? A może po prostu uciekamy w narzekanie, aby nie skonfrontować się z emocjami, aby nie zrozumieć, że sami dokonaliśmy konkretnych życiowych wyborów i że to sami to cierpienie wybieramy? Dlaczego wielu osobom, które narzekają na swoją rzeczywistość, wiele innych osób tej rzeczywistości zazdrości?

Uznanie cierpienia za podstawowy budulec tożsamości jest rozwiązaniem niezwykle wygodnym. Nasz mózg ma tendencję skupiania się na negatywach, tak więc bez problemu zgodzi się na perspektywę zakładającą, że odwieczne trudności to faktyczna rzeczywistość, podczas gdy zazwyczaj nie jest to faktem. Z drugiej strony skupianie się na pozytywach zbyt często prowadzi do niezdrowego wyparcia wszelkich negatywnych emocji.

Rozwiązaniem może być szczere przyznawanie się do problemów, traktowanych jako zwyczajne elementy własnej rzeczywistości. Jednak tutaj pojawia się pewna trudność – aby to zrobić, należy przejść detoks od uzależniającego, łatwego kiwania główką w odpowiedzi na malkontenctwo, na rzecz niepokoju związanego z możliwością oceny, niezrozumienia, odrzucenia. Ale też prawdziwszej, głębszej bliskości, niż przynależność przez cierpienie.

Era Konspiracji

Ideas-Conspiracy-175417397

Z każdym dniem każda kolejna wizyta na Facebooku sprawia, że mój mózg zaczyna blokować wszelkie otrzymywane informacje. Z poletka polskiego napływają do mnie głównie wiadomości o nienawiści i wewnątrzkrajowych napięciach, natomiast z poletka amerykańskiego potężne zaprzeczenie wobec pandemii, oraz idące za tym teorie spiskowe. W pierwszym przypadku odczuwam presję śledzenia, angażowania swojej uwagi, wynikającą z iluzji, że tego typu zaangażowanie jest postawą mogącą faktycznie coś zmienić (o tym jeszcze kiedyś napiszę). Oczywiście jest to postawa jałowa.

Natomiast w drugim przypadku mój wewnętrzny fan teorii spiskowych zostaje sparaliżowany pod wpływem przeciążenia ilością bodźców („pandemia to wytwór Billa Gates’a”; „Donald Trump tak naprawdę walczy pod przykrywką pandemii z szajką pedofilską”, lub mocniejsza wersja tego samego: „Hollywood rządzi sekta jedzących i gwałcących dzieci satanistów”; i wiele innych, w większości pochodzących od jednego, anonimowego źródła, znanego jako Q). Charakterystyczne dla mnie dążenie do prawdy musi ulec potrzebie wypracowania wewnętrznej strategii ochrony emocjonalnej samego siebie.

Co zmienia znajomość prawdy? W przypadku prawdy duchowej, poznanie jej nazywamy przebudzeniem duchowym i jest to doświadczenie głównie zmieniające nasze podejście do samych siebie (zrozumienie iluzorycznej natury rzeczywistości, a przynajmniej ego). Oczywiście zrozumienie rzadko kiedy wiąże się z jednoznaczną, kategoryczną i stałą zmianą zachowań – tutaj pojawiają się kwestie uwarunkowań, traum, nieświadomości, przyzwyczajeń. Jest to jednak prawda uniwersalna – dotycząca ludzi żyjących tysiące lat temu i tych, którzy będą naszym praprawnukami. Teorie spiskowe są hipotezami dotyczącymi małego skrawka rzeczywistości – rzeczywistości aktualnej, ograniczonej do określonych krajów, a nawet, jeśli są to teorie dotyczące całego świata (jak te na temat wpływu Iluminatów, Rothschildów i tak dalej), są one ograniczone czasowo i do naszej planety, nie mogą być więc prawdami uniwersalnymi (jeśli są prawdami). (Tak, jestem osobą wierzącą w istnienie prawd uniwersalnych, gdyż przeciwstawną postawę uważam za zwykły cynizm, do którego mi daleko).

Zakładając, że rządzi nami grupa, która dąży do zachipowania i zmiany nas wszystkich w płacące skanem swojej twarzy, wpisane w rejestr otumaniających szczepionek automatony – jak bardzo taka wiedza wpływa na nasze życie? Czy jedyną zmianą, jaką powoduje nie jest odczucie strachu? A czy odczucie strachu z kolei nie prowadzi wyłącznie do poczucie bezsilności? Z kolei czy poczucie bezsilności nie jest drogą do stania się ofiarą wobec wszelkich potencjalnych prób przejmowania władzy?

W przypadku teorii spiskowych rzadko kiedy efektem emocjonalnym zapoznania się z nimi jest poczucie spokoju wynikające z poznania prawdy. W czasach, w których stają się one jawnym orężem mainstreamowej polityki i stałym elementem krajobrazu mediów społecznościowych, moim zdaniem warto podjąć skrajnie egoistyczną, ale też skrajnie zdrową postawę – „jest jak jest, a wiedza jak jest nie zmienia tego, że jest jak jest”. Zamiast zapełniać własną pustkę pustym poczuciem odkrywania tajemnic i ratowania tymże świata przez swój wgląd – skupić się na swoim codziennym tu i teraz, oraz na teoriach spiskowych, które nasz umysł tworzy bez ustanku na temat nas samych.

Samotność jest wirusem. Błogosławieństwo pandemii.

16_samotna_linoryt

Przynajmniej od roku 2016 czułem nadciągająca Erę Przełomu, ale zawsze majaczyła ona w oddali zwanej „bliską przyszłością”, była teorią, która za parę lat pozwoli mi poklepać się po plecach i stwierdzić „a nie mówiłem?”. W marcu tego roku stała się rzeczywistością. Może zaskoczyła mnie jej łagodność – w porównaniu z wojną światową, nawet milion ofiar wirusa wydaje się łaską przeznaczenia. Najwyraźniej ma ono takie samo zdanie na temat ludzkości, jak ja – jesteśmy bardziej duchowo rozwinięci, niż nam się wydaje i potrzebujemy tylko lekkiego popchnięcia. Wystarczy mikroskopijna istota, złożona z białka i informacji genetycznej, żeby podważyć społeczne systemy – przecież w swojej podstawie są one niematerialną fikcją, tak więc ma nad nimi przewagę kilku nanometrów rzeczywistości.

Tak samo dojmującą rzeczywistością, jak ta pojedyncza komórka, wydają się być jedyne dwa możliwe stany funkcjonowania człowieka w świecie: stan pojedynczy (odosobnienie) i stan relacji. Od zawsze uważałem się za osobę lubiącą samotność i świetnie funkcjonującą w wyizolowaniu. Nie ma się co dziwić – w końcu jako introwertyk właśnie w samotności odzyskuję energię. Bodźce zewnętrzne są dla mnie przyjemne, ale na krótką metę – dość szybko mój organizm się nimi przeciąża i dąży do regeneracji. To ten moment w czasie spotkań towarzyskich, gdy robię się niepokojąco milczący i na pytanie „o czym myślisz?” mam ochotę odpowiedzieć „o jak najszybszym powrocie do domu”. Oczywiście tego nie robię, albo formułuję tę myśl w sposób bardziej dyplomatyczny. Kiedy w końcu udaje mi się ukryć w swoich czterech kątach, często konieczne jest parę dni, zanim znów będę gotów spotkać się drugim człowiekiem. (Oczywiście dochodzi tutaj kwestia lęków społecznych, niemniej z wiekiem są one u mnie coraz mniejsze, a mylenie ich z introwersją jest błędem, ale to temat na inny tekst).

Tym bardziej zaskoczyło mnie to, jak moje samopoczucie drastycznie pogorszyło się w pierwszym miesiącu izolacji. Kiedy izolacja przestaje być wyborem, a zaczyna być nieuniknioną koniecznością, trudno nie poczuć bezsilności. Możliwość eliminacji chwilowego poczucia samotności, wynikającego ze zwykłego braku ludzi dookoła sprawia, że przez całe życie możemy nie skonfrontować się z bardziej dogłębną, bardziej egzystencjalną wersją samotności.

Czytaj dalej „Samotność jest wirusem. Błogosławieństwo pandemii.” →

Hałas

PWSep18Ball-noise_HERO-1024x576

Pukanie młotkiem, wiercenie w ścianach. Kosiarka. Co dziesięć minut dźwięk syreny pogotowia lub policji. Budowa parę bloków dalej. Motory bez tłumika. Warszawa, Mokotów. Budzę się roztrzęsiony i niewyspany, po kilkugodzinnym śnie – w nocy zazwyczaj nie śpię, bo wydaje mi się to stratą. To jedyny moment w ciągu doby, kiedy ludzie dają światu istnieć, kiedy można dostrzec naturalną przestrzeń egzystencji bez presji działania.

Nie bez znaczenia „Dzień Świra”, komedia będąca najsłynniejszym rozliczeniem z cechami narodowymi, jest wypełniona irytacją wynikającą z otaczającego hałasu. Cały świat zdaje się być przeciwny spokojowi głównego bohatera, który jest osobą wysoko wrażliwą, „inteligentem” nieprzystosowanym do brutalnej rzeczywistości. Łatwo jednak dostrzec, że problemem nie jest hałas zewnętrzny, tylko ten wewnętrzny. Czy to bodźce zmysłowe doprowadziły do gonitwy myśli, czy też gonitwa myśli przesadnie uwrażliwiła na świat zewnętrzny?

Moje doświadczenie podpowiada mi, że jest to ten drugi przypadek. Chociaż oczywiście trwający dwa miesiące remont rozstraja nerwy, łatwiej go znieść, gdy nie wtóruje mu ciągły wewnętrzny monolog. W moim przypadku jest to nieustanna litania „powinieneś” i „jesteś”. Żadne działanie nie jest wystarczające, kiedy umysł skoncentrowany jest na nieistniejącym celu, który zawsze jest formą zastępczą dla jakiegoś rodzaju emocjonalnej ulgi, dlatego kiedy zostaje osiągnięty, często okazuje się rozczarowujący.  Działanie jako dążenie do bycia osobą, z którą się w końcu pogodzimy, to presja bycia robieniem, zamiast bycia bytem, rozrastająca się na wszelkie momenty życia. A przecież nazywamy się human BEINGS, nie human doings. I każdemu, kto uważa za przyczynę problemu pracę etatową, korporacje i inne wątpliwie sensowne współczesne wynalazki zawodowe, mówię zdecydowanie, jako człowiek bez etatu i przez większość czasu zajmujący się twórczością – spokojnie, Twój umysł zawsze znajdzie pretekst do przejmowania się i do włączania presji działania. W moim przypadku nawet w dniach zaplanowanego relaksu wciąż pojawia się presja działania, tyle że relaksowego – „obijasz się, zamiast skończyć tą grę/serial!”.

Po wyrzuceniu z siebie tego tekstu i krótkiej, bardzo pomocnej medytacji, wyszedłem z domu. Pomimo unikania, z przyczyn czysto lękowych, odwiedzi sąsiadów z pytaniem o pozostały czas remontu, świat zesłał mi jednego z robotników do windy. Hałas powinien skończyć się jutro. Ciekawe, że dowiedziałem się tego w godzinę po tym, jak zatrzymał się we mnie.

photo copyright: stevanovicigor

The Midnight Gospel – od turystyki duchowej do głębi zrozumienia

15912259649698672434566752752524

Uwaga! Tekst zawiera spoilery dotyczące przebiegu i zakończenia serialu „The Midnight Gospel”.

Ogromna część świata walczy z głodem, miliony ludzi umierają z powodu chorób tak błahych, jak biegunka, a wojny, nadal mające miejsce, przez media zostały sprowadzone do wygodnego wyzwalacza okresowej empatii. Tymczasem uprzywilejowani mieszkańcy krajów zachodnich (do których sam się zaliczam), coraz bardziej interesują się tematyką duchowości, przez internet często podawanej w formie ciężkiego do ogarnięcia kolażu, w którym teorie spiskowe i antyszczepionkowcy mieszają się z naukami Upaniszad, mnichów zen czy nauczycieli mindfulness… Często przewodnikami pośród tego gąszcza ezoterycznych terminów stają się twórcy internetowego contentu, youtuberzy i podcasterzy, zazwyczaj szczerze zainteresowani tematami dotyczącymi duchowościami, podejmowanymi przez ich rozmówców. Nie mniej po jakimś czasie słuchania tego typu treści pojawia się w głowie pytanie: „na ile zagłębianie się w te tematy przybliża nas do rozwiązania rzeczywistych problemów, a na ile od nich oddala?”…

 „The Midnight Gospel”, najnowsze dzieło Pendletona Warda, twórcy „Adventure Time”, to nietypowe połączenie animacji dla dorosłych i podcastu właśnie. Główny bohater serialu, Clancy Gilroy, to animowane alter-ego podkładającego pod niego głos Duncana Trussella, prawdziwego podcastera. Clancy spędza całe dnie na relaksie, słuchaniu muzyki i eksplorowaniu światów alternatywnych, stworzonych przez symulator. W tych sztucznych światach poznaje animowane odpowiedniki autentycznych rozmówców Duncana. Należą do nich specjalizujący się w uzależnieniach doktor-celebryta Dr. Drew, walcząca z tabuizacją śmierci przedsiębiorczyni pogrzebowa Caitilin Doughty, nauczyciel buddyjski David Nichtern, czy Damien Echols, były więzień zajmujący się magią rytualną.

Dialogi zazwyczaj obracają się wokół tematów duchowych, psychodelików, religii, śmierci, zdrowia psychicznego. Są one fragmentami niewyreżyserowanych rozmów przeprowadzonych przez Trussella z miejscami dodanymi kwestiami komentującymi to, co dzieje się w warstwie animacji. A dzieje się dużo: trwa zombie apokalipsa, klauni przerabiają na mięso dziwne stworzenia, w międzyczasie mierząc się z rebelią, człowiek z rybą w akwarium zamiast głowy ze statku sterowanego przez koty wybiera się w podróż, skutkującą destrukcją jego świata… i wiele więcej.

15912259935963452456828488573148

Intensywność i głębia rozmów, zestawiona z kolorową, psychodeliczną warstwą wizualną początkowo może wydawać się przytłaczająca. Z nieporuszenia Clancy’ego i jego rozmówców można wyciągnąć kilka wniosków. Pierwszy jest taki, że jest to apoteoza stoicyzmu czy też świadomej obecności, która pozwala zachować spokój nawet w obliczu najbardziej drastycznych wydarzeń. Z czasem jednak zaczyna zastanawiać powtarzalny charakter symulacji  – chociaż za każdym razem odwiedzane światy są barwne i ekscytujące, a zaangażowanie w rozmowy autentyczne, nowe przygody w żaden sposób nie przekładają się na autentyczne zmiany w codzienności. Chociaż nasz bohater prowadzi alternatywny styl życia, pełen psychodelicznych doznań i wnikliwych rozmów, w rzeczywistości pozostaje odcięty od swojej rodziny, odrzuca telefony od martwiącej się o niego siostry, ucieka od problemów w świat fikcji.

Nie zrozumcie mnie źle – każda rozmowa jest autentycznie interesująca i poszerza rozumienie świata przez Clancy’ego. Jest on uważnym rozmówcą, empatycznym i zainteresowanym cudzymi perspektywami. Niemniej z czasem jego przytakiwanie i zachwyt zaczynają sprawiać wrażenie mechanicznych, jakby przyzwyczaił się do ciągłego reagowania zadziwieniem i ekstazą na kolejne abstrakcyjne, duchowe stwierdzenia. Bardziej istotne wydaje się być to, że nagrana rozmowa została odsłuchana w sieci przez losowego fana, niż sama jej treść. Jedyną faktyczną wartością stają się… kolekcjonowane przez Clany’ego buty osób spotkanych w czasie podróży.

Dzikość i abstrakcyjność animacji jest jednocześnie ćwiczeniem w stoicyzmie, ale też, moim zdaniem, swego rodzaju komentarzem na temat tego, jak brutalne i przebodźcowujące są nasze „rozpraszacze”. Clancy rozpraszał się poprzez swoje ekstremalne przygody oraz głębokie rozmowy, które były dla niego niewątpliwie istotne, ale również służyły za ucieczkę od jego rzeczywistości, co jest świetnym przykładem zjawiska znanego jako „spiritual bypassing”, polegającego na uciekaniu w duchowość od przepracowywania swoich problemów. W jednym z odcinków podcaster przechodzi krótki trening medytacji, po którym stwierdza, że jest oświecony. Wystarczy jednak konfrontacja z nudą i z tematami dotyczącymi śmierci, aby uznał, że takie stwierdzenie jest „żenujące”. Poczucie bycia „oświeconym” stało się kolejną elementem jego ego, co samo w sobie jest – niezwykle często spotykanym – paradoksem.

Ostatni odcinek, w którym Clancy’ego odwiedza jego umierająca matka tak naprawdę „robi” cały serial. Warstwa animacji pokazuje w spokojny, wyjątkowo pacyfistyczny spokój (podkreślony udziałem pluszowych misiów w roli aktorów drugoplanowych) drogę życia człowieka od narodzin do śmierci. Matka Trussella uczy w trakcie rozmowy swojego syna, jak zacząć słuchać samego siebie, zamiast ciągłego słuchania innych.

Dopiero kiedy konfrontuje się z rzeczywistością – której personifikacją była matka – osiąga swoisty rodzaj spokoju i prawdziwego zrozumienia. Dopiero kiedy jest  w stanie wypłakać swoje emocje, spotkać się z nimi na poziomie ciała i realnej relacji, a nie w rozumie, może osiągnąć spokój, oraz pogodzenie ze śmiercią matki.

15912251162195265096155284397866

Można uznać, że to doświadczenie przygotowało bohatera na przejście samemu w inny stan istnienia. Clancy zostaje wciągnięty do symulatora, ale symulator zostaje zniszczony przez policję. Nie wiemy więc, czy Clancy faktycznie umarł, czy też jest na zawsze zamknięty w kolejnej symulacji. Tutaj można by wejść w kolejne dywagacje i metafory porównujące śmierć do symulacji. Przed Clancym pojawia się tego typu sposobność w osobie mnicha buddyjskiego. Nasz bohater automatycznie wyjmuje dyktafon i pyta o udział w podcaście, po czym się zatrzymuje… „Czy ja umarłem?”, dziwi się. „Po prostu bądź w tu i teraz”, odpowiada mnich.

I Clancy zdaje się po raz pierwszy nie patrzeć na to stwierdzenie jako na kolejną intelektualną, duchową błyskotkę. Rozumie, kogo i czego musi teraz słuchać. Zamienił teoretyczną konsumpcję duchowego contentu na autentyczną obecność. Nic nie odpowiada. Po prostu jest, parafrazując Tadeusza Woźniaka, nie wiadomo gdzie – na zawsze.

Ocena: 8/10

The Midnight Gospel.  Produkcja Netflix, 2020.