
Moją główną, niezbyt odkrywczą myślą jest to, że najistotniejszy i najciekawszy jest aspekt wyborców niezdecydowanych. Można zakładać, że są to w większości wyborcy sympatyzujący z opozycją – wszelkie sondaże od dawna wskazują na „twardość” elektoratu PiS-u, co zresztą pokrywa się z generalnymi tendencjami elektoratu konserwatywnego na całym świecie (podobnie jest z np. ze zwolennikami Donalda Trumpa w Stanach). Zapewne wyborcy niezdecydowani zastanawiają się, na którą z partii opozycyjnych głosować, albo czy głosować w ogóle.
Obydwa te rozważania wydają się być podszyte narodowym wręcz przekonaniem, że „polityka to bagno, wszyscy kradną i nic się nie zmienia”. Można by nazwać je wręcz „doomerskim”, gdyby nie fakt, że zdają się charakteryzować głównie pokolenie X i „boomerów”, a nie młodzież. Właśnie tego typu rozdział widziałbym jako główny podział socjologiczny w starszych pokoleniach – podział na osoby kurczowo trzymające się konserwatyzmu (w bardziej uładzonej i skierowanych do emerytów wersji PiS-u, oczywiście), albo osoby o poglądach – powiem szczodrze i niedokładnie – liberalnych, jednak z marazmem wdrukowanym przez lata PRL-u i wyjątkowo toksyczną kulturę polityczną (a raczej jej brak). Marazm młodych — zdecydowanie mniejszy wśród zoomerów, zradykalizowanych newsami o upadku ludzkości — wydaje się raczej wynikać z czynników rozwiązywalnych przez czas i dorastanie, takich jak niewystarczająca wiedza na temat polskiej polityki, jej odrzucająca estetyka (bad vibes – z czym trudno się nie zgodzić), eksplorowanie różnych poglądów czy przejściowe zapotrzebowanie na kontrowersyjność na modłę Jokera z Batmana, który chce patrzeć, jak świat płonie, a Mentzen pije piwo na scenie. Oczywiście mam świadomość tego, że pod tą ostatnią opcję podczepiają się również starsze osoby o profilu psychologicznym typu „ojciec rozwodnik próbujący udowodnić światu swoją męskość”, ale na rozprawę na temat sposobów leczenia prowadzącej do faszyzmu toksycznej męskości nie ma w tym wpisie miejsca.
Bardziej zastanawia mnie strategia dotarcia do starszego elektoratu „niezdecydowanego”. Siłę emocjonalną narracji o tym, jak to „kradną i są źli” trudno zastąpić merytoryką. Każdy dobry polityk wie, że złość i strach to najsilniejsze emocje i może to dlatego nawet wytrawny gracz, jakim jest Donald Tusk, dał się wciągnąć w czasie debaty w przepychankę z premierem. „Niech będzie normalnie”, nawoływanie do niezdefiniowanego w żaden sposób statusu quo — będącego faktycznym wytchnieniem po ośmiu latach podważania demokracji – wydaje się jedynym „pozytywnym” hasłem Koalicji. Jednak to nie „normalność” będzie rozwiązaniem. (W tym kontekście normalność to liberalna wolnorynkowość, będąca nie drogą do uzdrowienia, ale przyczyną wykwitu autorytarnych patologii). Języczkiem u wagi są bowiem trzy partie „alternatywne” dla duopolu, a każda z nich prezentuje stanowisko znacznie bardziej jednoznaczne od rozmytego populizmu PiS i KO — czy to w wersji rozdawniczo-faszyzującej (PiS), czy w wersji nieśmiałego przesuwania się pod wpływem zapotrzebowania społecznego stopniowo z centro-prawicy w stronę lewa (KO). (Patrz zmiana poglądu Platformy i Tuska na aborcję).
Trzy pozostałe partie (partia nazywająca się „Bezpartyjnymi Samorządowcami” nie zasługuje na więcej, niż nawias, gdyż najwyraźniej nie jest w stanie nawet zarządzać logiką językową ustalając własną nazwę) wydają się wręcz podręcznikowymi przykładami spektrum lewo-centrum-prawo, z zaznaczeniem, że Lewicę można uznać za „skrajnie lewicową” tylko w kraju, z przyczyn wiadomych, reagującym alergicznie na słowo „socjalizm”. W prawyborach wśród uczniów krakowskich liceów zarówno Lewica, jak i Konfederacja znalazły się na podium. I chociaż najbardziej ceniona (44%) była „stabilność” KO, to znacznie popularniejsze niż w ogólnych sondażach okazało się opowiedzenie się po stronie konkretnych, merytorycznych koncepcji politycznych.
Oczywiście – w przypadku Konfederacji „konkret i merytoryka” to zasłona dymna dla niekompetencji, teorii spiskowych i faszyzmu. Pozostaje więc opcja niemal symbolicznego oporu wobec narracji o „braku nowych twarzy” pod postacią Trzeciej Drogi i Lewica, jako racjonalna opcja socjaldemokratyczna, stanowiąca standard w wielu państwach europejskich, a u nas nadal uważana za nowość (z powodu błędnego łączenia ideałów socjalistycznych z okresem PRL-u).
W przypadku wyborcy niezdecydowanego decyzja o oddaniu głosu na KO wydaje mi się nie tylko nietrafiona strategicznie (partia ta i tak uzyska dobry wynik, a kluczowe dla utworzenia rządu opozycji są wyniki Lewicy i Trzeciej Drogi), ale też swego rodzaju deklaracją bezsilności wobec politycznego establishmentu. Oczywiście, mając pełną świadomość elementów establishmentu w partiach alternatywnych (SLD w Lewicy i PSL w Trzeciej Drodze), wiem, że ów „opór” wygląda raczej jak przesuwanie się w żółwim tempie, niż żwawy marsz – ten fakt zresztą przyciągnął wielu wyborców do Konfederacji, bo wiadomo, że stagnacja polityczna w okresach kryzysu jest świetnym paliwem dla f@5zyzmu i bon motów o „wywracaniu stołka” (poprzez… likwidację podatków i teokrację? Zaiste, wyższa inteligencja). Jestem również świadom tego, że absolutnym priorytetem strategicznym jest odsunięcie od władzy PiS-u. I przede wszystkim – widzę, że jedyną drogą na wyjście z marazmu jest nie tylko emocjonalna radykalizacja (bo ta często prowadzi w objęcia takiej Konfederacji), ale właśnie umiejętność racjonalnej analizy rzeczywistości, przepracowania wręcz post-traumatycznych odruchowych odpowiedzi na politykę i dojście do konkluzji wolnych od wpływu tak powszechnego w Polsce syndromu „ofiary”, w tym wypadku „ofiary” systemu politycznego jako takiego. A to wydarzyć może się tylko w kraju, w którym będą inne standardy edukacji, inny poziom dyskursu publicznego i przynajmniej znamiona tego, co określa się społeczeństwem obywatelskim. Wiele osób nie będzie w stanie wyjść z ideologii marazmu i „znieczulonego wkurwu” wobec polityki, co wydaje mi się nieuniknionym zjawiskiem socjologicznym, specyficznym dla naszego kraju. Nie mniej – podejmowanie rozmów i przedstawianie merytoryki w tonie, który nie sugeruje wyższościowości i nie jest atakujący zawsze jest dobrą strategią.
Byłbym ostrożny w mówieniu o cechach narodowych, bo to prosta droga do uprzedzeń, ale jeśli coś nie pasuje do profilu psychologicznego Polaka, to poczucie bezsilności wobec władzy. Czas się z tego otrząsnąć. To prawda – polityka to szambo, ale stan ten nie jest „winą Tuska” czy wyłączną zasługą PiSu (chociaż wsławili się smrodem wręcz imponującym, większym, niż zebrany smród wszystkich szamb polskich), ale efektem światowego systemu kapitalistycznego, w jakim przyszło nam żyć. Jak typowy kraj Bloku Wschodniego jesteśmy „30 lat za Zachodem”, ale jedyną drogą w kierunku zmian mogących podważyć ten system – system, przez który istnienie całego rodzaju ludzkiego w przyszłym stuleciu stoi aktualnie pod znakiem zapytania – są powolne, żółwie przesunięcia. I, oczywiście, bardzo konsekwentne mówienie „nie” faszyzmowi – niezależnie, czy ma twarz dziadka z Żoliborza, czy podgolonego radcy podatkowego.
PS. Oczywiście jeb*ć referendum.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.