
Wielkim wyzwaniem życia jest akceptacja gry. Nie tyle poddanie się jej, co świadome dostrzeganie jej umowności i całkowicie dobrowolny – pomimo jej obowiązkowego charakteru – udział w niej. Dostrzeganie powagi, z jaką ludzie obnoszą swoje osobowości, jak podrzędny gangster z dumą świecący podróbką markowego zegarka; dostrzeganie godnej zawodowego mordercy bezwzględności, z jaką zabijają się o swoje pragnienia, efekty uboczne krzywd, wyrządzonych im w efekcie cudzych pragnień; dostrzeganie panicznego lęku, z jakim zabiegają o własne przetrwanie, jednocześnie na każdym kroku poddając w wątpliwość sens życia.
But it’s just a ride. Jeśli już dostrzeżemy, że wszystkie te histeryczne zabiegi są tylko grą, „przejażdżką w parku rozrywki”, mamy dwa wyjścia. Wyjście A: stać się perfidnym manipulatorem, wykorzystującym ludzką naturę, dla własnych korzyści. W tym wariancie nigdy nie dostrzegamy faktu, że potrzeba poczucia wyższości i władzy, która od teraz nami motywuje, również jest iluzją. Wariant B to empatyczny wgląd w naturę człowieka, nie pomijający jednak, jak wariant A, kluczowej prawdy. Prawdy, że to gra, jakkolwiek sztuczna i iluzyjna jest w każdym przypadku próbą poradzenia sobie z własnym człowieczeństwem. Gra nie czyni nas ludźmi, ale jest przejawem człowieczeństwa, znakiem ukrytego nurtu życia, którym nie umiemy zarządzać, głównie z powodu życia w przekonaniu, że trzeba nim zarządzać. To, co naprawdę istnieje nie może być zawłaszczone, nazwane, okiełznane, zrozumiane, dlatego jest przerażające. A więc tworzymy grę, wiecznie podszytą strachem. Strach, silna emocja, czyni ją rzeczywistą. I tak spędzamy życie lękając się, modląc do bożka stworzonego z dymu i lustrzanych odbić.









Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.