Przynależność przez cierpienie

Jest taka scena w genialnym serialu komediowym „Crazy Ex-Girlfriend”, w której główna bohatera w trakcie bar micwy próbuje wytłumaczyć postaci spoza tego kręgu specyfikę kultury żydowskiej. Ponieważ Rebecca postrzega świat jako musical, w jej głowie święto zamienia się w piosenkę rodem z teatru żydowskiego, pod tytułem „Pamiętaj, że cierpieliśmy”. Jest to idealne podsumowanie fenomenu tworzenia tożsamości na bazie traum.

Wiemy też coś o tym, jako Polacy. Historia Polski ostatnich trzystu lat to historia ciągłych traum. Pamięć o nich jest ważna z wielu przyczyn: potrzebujemy jej, aby uczyć się na błędach, aby być w stanie zrozumieć przyczyny aktualnych wydarzeń (na przykład wzrost tendencji nacjonalistycznych podsyca historia „nieistniejącego państwa” i lęk przed powtórnym brakiem tożsamości). Kiedy jednak pamięć zamienia się w tożsamość, a cierpienie przestaje być postrzegane jako zwyczajna składowa ludzkiej egzystencji, tylko staje się tej egzystencji głównym składnikiem?

Należy podkreślić, że istnieje różnica między bólem i cierpieniem. Cierpienie zawsze rozgrywa się w głowie. I nawet w przypadkach ekstremalnych, takich jak śmiertelne choroby czy pobyt w obozie koncentracyjnym, można znaleźć świadectwa osób, które doświadczały bólu i trudów, ale nie cierpienia. Jak udawało im się to zrobić – to temat na inny tekst.

Cierpienie natomiast to siła silnie uzależniająca, jak wszystkie wywołujące emocje historie, które opowiadamy samym sobie. Oczywiście, nie można wymagać nadludzkiego wysiłku „bycia w tu i teraz”, odrzucania wewnętrznego monologu cały czas, nawet w przypadku przeżywania skrajnie dramatycznych wydarzeń – taki wymóg zamienia mądre postulaty duchowości i stoicyzmu w nieludzkie okrucieństwo. Niemniej sama świadomość charakteru cierpienia i niebezpieczeństw, które za sobą pociąga, może uchronić przed tworzeniem obrazu świata, w którym to cierpienie jest główną siłą jednoczącą ludzi.

„Ech, życie…”, „tak to już jest”, „wiadomo, jak jest” – za każdym razem, gdy słyszę te stwierdzenia angażuję się w ten rytuał wysławiania cierpiętniczego charakteru rzeczywistości, jako Nadrzędnego Faktu Na Temat Istnienia, chociaż wewnętrznie czuję dysonans z osobistym doświadczeniem. To tak, jakby jedną z barw, którymi namalowany jest świat, uznać za dominującą, podczas gdy w rzeczywistości zamalowane nią jest tylko parę centymetrów płótna. Czasem sprzeciwiam się, pokazuję inną stronę świata i wtedy zazwyczaj spotykam się z negacją pozytywnego doświadczenia, albo z wykluczeniem, na zasadzie powiedzenia między wierszami „łatwo Tobie to powiedzieć, ja mam pracę/rodzinę/chorobę/kredyt” i tak dalej. To jakiś błąd logiczny – WIĘKSZOŚĆ osób ma te doświadczenia, tak więc czy to oznacza, że większość osób jest nieszczęśliwa i cierpi? A może po prostu uciekamy w narzekanie, aby nie skonfrontować się z emocjami, aby nie zrozumieć, że sami dokonaliśmy konkretnych życiowych wyborów i że to sami to cierpienie wybieramy? Dlaczego wielu osobom, które narzekają na swoją rzeczywistość, wiele innych osób tej rzeczywistości zazdrości?

Uznanie cierpienia za podstawowy budulec tożsamości jest rozwiązaniem niezwykle wygodnym. Nasz mózg ma tendencję skupiania się na negatywach, tak więc bez problemu zgodzi się na perspektywę zakładającą, że odwieczne trudności to faktyczna rzeczywistość, podczas gdy zazwyczaj nie jest to faktem. Z drugiej strony skupianie się na pozytywach zbyt często prowadzi do niezdrowego wyparcia wszelkich negatywnych emocji.

Rozwiązaniem może być szczere przyznawanie się do problemów, traktowanych jako zwyczajne elementy własnej rzeczywistości. Jednak tutaj pojawia się pewna trudność – aby to zrobić, należy przejść detoks od uzależniającego, łatwego kiwania główką w odpowiedzi na malkontenctwo, na rzecz niepokoju związanego z możliwością oceny, niezrozumienia, odrzucenia. Ale też prawdziwszej, głębszej bliskości, niż przynależność przez cierpienie.

Era Konspiracji

Ideas-Conspiracy-175417397

Z każdym dniem każda kolejna wizyta na Facebooku sprawia, że mój mózg zaczyna blokować wszelkie otrzymywane informacje. Z poletka polskiego napływają do mnie głównie wiadomości o nienawiści i wewnątrzkrajowych napięciach, natomiast z poletka amerykańskiego potężne zaprzeczenie wobec pandemii, oraz idące za tym teorie spiskowe. W pierwszym przypadku odczuwam presję śledzenia, angażowania swojej uwagi, wynikającą z iluzji, że tego typu zaangażowanie jest postawą mogącą faktycznie coś zmienić (o tym jeszcze kiedyś napiszę). Oczywiście jest to postawa jałowa.

Natomiast w drugim przypadku mój wewnętrzny fan teorii spiskowych zostaje sparaliżowany pod wpływem przeciążenia ilością bodźców („pandemia to wytwór Billa Gates’a”; „Donald Trump tak naprawdę walczy pod przykrywką pandemii z szajką pedofilską”, lub mocniejsza wersja tego samego: „Hollywood rządzi sekta jedzących i gwałcących dzieci satanistów”; i wiele innych, w większości pochodzących od jednego, anonimowego źródła, znanego jako Q). Charakterystyczne dla mnie dążenie do prawdy musi ulec potrzebie wypracowania wewnętrznej strategii ochrony emocjonalnej samego siebie.

Co zmienia znajomość prawdy? W przypadku prawdy duchowej, poznanie jej nazywamy przebudzeniem duchowym i jest to doświadczenie głównie zmieniające nasze podejście do samych siebie (zrozumienie iluzorycznej natury rzeczywistości, a przynajmniej ego). Oczywiście zrozumienie rzadko kiedy wiąże się z jednoznaczną, kategoryczną i stałą zmianą zachowań – tutaj pojawiają się kwestie uwarunkowań, traum, nieświadomości, przyzwyczajeń. Jest to jednak prawda uniwersalna – dotycząca ludzi żyjących tysiące lat temu i tych, którzy będą naszym praprawnukami. Teorie spiskowe są hipotezami dotyczącymi małego skrawka rzeczywistości – rzeczywistości aktualnej, ograniczonej do określonych krajów, a nawet, jeśli są to teorie dotyczące całego świata (jak te na temat wpływu Iluminatów, Rothschildów i tak dalej), są one ograniczone czasowo i do naszej planety, nie mogą być więc prawdami uniwersalnymi (jeśli są prawdami). (Tak, jestem osobą wierzącą w istnienie prawd uniwersalnych, gdyż przeciwstawną postawę uważam za zwykły cynizm, do którego mi daleko).

Zakładając, że rządzi nami grupa, która dąży do zachipowania i zmiany nas wszystkich w płacące skanem swojej twarzy, wpisane w rejestr otumaniających szczepionek automatony – jak bardzo taka wiedza wpływa na nasze życie? Czy jedyną zmianą, jaką powoduje nie jest odczucie strachu? A czy odczucie strachu z kolei nie prowadzi wyłącznie do poczucie bezsilności? Z kolei czy poczucie bezsilności nie jest drogą do stania się ofiarą wobec wszelkich potencjalnych prób przejmowania władzy?

W przypadku teorii spiskowych rzadko kiedy efektem emocjonalnym zapoznania się z nimi jest poczucie spokoju wynikające z poznania prawdy. W czasach, w których stają się one jawnym orężem mainstreamowej polityki i stałym elementem krajobrazu mediów społecznościowych, moim zdaniem warto podjąć skrajnie egoistyczną, ale też skrajnie zdrową postawę – „jest jak jest, a wiedza jak jest nie zmienia tego, że jest jak jest”. Zamiast zapełniać własną pustkę pustym poczuciem odkrywania tajemnic i ratowania tymże świata przez swój wgląd – skupić się na swoim codziennym tu i teraz, oraz na teoriach spiskowych, które nasz umysł tworzy bez ustanku na temat nas samych.

Hałas

PWSep18Ball-noise_HERO-1024x576

Pukanie młotkiem, wiercenie w ścianach. Kosiarka. Co dziesięć minut dźwięk syreny pogotowia lub policji. Budowa parę bloków dalej. Motory bez tłumika. Warszawa, Mokotów. Budzę się roztrzęsiony i niewyspany, po kilkugodzinnym śnie – w nocy zazwyczaj nie śpię, bo wydaje mi się to stratą. To jedyny moment w ciągu doby, kiedy ludzie dają światu istnieć, kiedy można dostrzec naturalną przestrzeń egzystencji bez presji działania.

Nie bez znaczenia „Dzień Świra”, komedia będąca najsłynniejszym rozliczeniem z cechami narodowymi, jest wypełniona irytacją wynikającą z otaczającego hałasu. Cały świat zdaje się być przeciwny spokojowi głównego bohatera, który jest osobą wysoko wrażliwą, „inteligentem” nieprzystosowanym do brutalnej rzeczywistości. Łatwo jednak dostrzec, że problemem nie jest hałas zewnętrzny, tylko ten wewnętrzny. Czy to bodźce zmysłowe doprowadziły do gonitwy myśli, czy też gonitwa myśli przesadnie uwrażliwiła na świat zewnętrzny?

Moje doświadczenie podpowiada mi, że jest to ten drugi przypadek. Chociaż oczywiście trwający dwa miesiące remont rozstraja nerwy, łatwiej go znieść, gdy nie wtóruje mu ciągły wewnętrzny monolog. W moim przypadku jest to nieustanna litania „powinieneś” i „jesteś”. Żadne działanie nie jest wystarczające, kiedy umysł skoncentrowany jest na nieistniejącym celu, który zawsze jest formą zastępczą dla jakiegoś rodzaju emocjonalnej ulgi, dlatego kiedy zostaje osiągnięty, często okazuje się rozczarowujący.  Działanie jako dążenie do bycia osobą, z którą się w końcu pogodzimy, to presja bycia robieniem, zamiast bycia bytem, rozrastająca się na wszelkie momenty życia. A przecież nazywamy się human BEINGS, nie human doings. I każdemu, kto uważa za przyczynę problemu pracę etatową, korporacje i inne wątpliwie sensowne współczesne wynalazki zawodowe, mówię zdecydowanie, jako człowiek bez etatu i przez większość czasu zajmujący się twórczością – spokojnie, Twój umysł zawsze znajdzie pretekst do przejmowania się i do włączania presji działania. W moim przypadku nawet w dniach zaplanowanego relaksu wciąż pojawia się presja działania, tyle że relaksowego – „obijasz się, zamiast skończyć tą grę/serial!”.

Po wyrzuceniu z siebie tego tekstu i krótkiej, bardzo pomocnej medytacji, wyszedłem z domu. Pomimo unikania, z przyczyn czysto lękowych, odwiedzi sąsiadów z pytaniem o pozostały czas remontu, świat zesłał mi jednego z robotników do windy. Hałas powinien skończyć się jutro. Ciekawe, że dowiedziałem się tego w godzinę po tym, jak zatrzymał się we mnie.

photo copyright: stevanovicigor

Just a ride…

Artwork by Patrycja Bączek @celebrateandcreateiceland

Wielkim wyzwaniem życia jest akceptacja gry. Nie tyle poddanie się jej, co świadome dostrzeganie jej umowności i całkowicie dobrowolny – pomimo jej obowiązkowego charakteru – udział w niej. Dostrzeganie powagi, z jaką ludzie obnoszą swoje osobowości, jak podrzędny gangster z dumą świecący podróbką markowego zegarka; dostrzeganie godnej zawodowego mordercy bezwzględności, z jaką zabijają się o swoje pragnienia, efekty uboczne krzywd, wyrządzonych im w efekcie cudzych pragnień; dostrzeganie panicznego lęku, z jakim zabiegają o własne przetrwanie, jednocześnie na każdym kroku poddając w wątpliwość sens życia.

But it’s just a ride. Jeśli już dostrzeżemy, że wszystkie te histeryczne zabiegi są tylko grą, „przejażdżką w parku rozrywki”, mamy dwa wyjścia. Wyjście A: stać się perfidnym manipulatorem, wykorzystującym ludzką naturę, dla własnych korzyści. W tym wariancie nigdy nie dostrzegamy faktu, że potrzeba poczucia wyższości i władzy, która od teraz nami motywuje, również jest iluzją. Wariant B to empatyczny wgląd w naturę człowieka, nie pomijający jednak, jak wariant A, kluczowej prawdy. Prawdy, że to gra, jakkolwiek sztuczna i iluzyjna jest w każdym przypadku próbą poradzenia sobie z własnym człowieczeństwem. Gra nie czyni nas ludźmi, ale jest przejawem człowieczeństwa, znakiem ukrytego nurtu życia, którym nie umiemy zarządzać, głównie z powodu życia w przekonaniu, że trzeba nim zarządzać. To, co naprawdę istnieje nie może być zawłaszczone, nazwane, okiełznane, zrozumiane, dlatego jest przerażające. A więc tworzymy grę, wiecznie podszytą strachem. Strach, silna emocja, czyni ją rzeczywistą. I tak spędzamy życie lękając się, modląc do bożka stworzonego z dymu i lustrzanych odbić.