The Midnight Gospel – od turystyki duchowej do głębi zrozumienia

15912259649698672434566752752524

Uwaga! Tekst zawiera spoilery dotyczące przebiegu i zakończenia serialu „The Midnight Gospel”.

Ogromna część świata walczy z głodem, miliony ludzi umierają z powodu chorób tak błahych, jak biegunka, a wojny, nadal mające miejsce, przez media zostały sprowadzone do wygodnego wyzwalacza okresowej empatii. Tymczasem uprzywilejowani mieszkańcy krajów zachodnich (do których sam się zaliczam), coraz bardziej interesują się tematyką duchowości, przez internet często podawanej w formie ciężkiego do ogarnięcia kolażu, w którym teorie spiskowe i antyszczepionkowcy mieszają się z naukami Upaniszad, mnichów zen czy nauczycieli mindfulness… Często przewodnikami pośród tego gąszcza ezoterycznych terminów stają się twórcy internetowego contentu, youtuberzy i podcasterzy, zazwyczaj szczerze zainteresowani tematami dotyczącymi duchowościami, podejmowanymi przez ich rozmówców. Nie mniej po jakimś czasie słuchania tego typu treści pojawia się w głowie pytanie: „na ile zagłębianie się w te tematy przybliża nas do rozwiązania rzeczywistych problemów, a na ile od nich oddala?”…

 „The Midnight Gospel”, najnowsze dzieło Pendletona Warda, twórcy „Adventure Time”, to nietypowe połączenie animacji dla dorosłych i podcastu właśnie. Główny bohater serialu, Clancy Gilroy, to animowane alter-ego podkładającego pod niego głos Duncana Trussella, prawdziwego podcastera. Clancy spędza całe dnie na relaksie, słuchaniu muzyki i eksplorowaniu światów alternatywnych, stworzonych przez symulator. W tych sztucznych światach poznaje animowane odpowiedniki autentycznych rozmówców Duncana. Należą do nich specjalizujący się w uzależnieniach doktor-celebryta Dr. Drew, walcząca z tabuizacją śmierci przedsiębiorczyni pogrzebowa Caitilin Doughty, nauczyciel buddyjski David Nichtern, czy Damien Echols, były więzień zajmujący się magią rytualną.

Dialogi zazwyczaj obracają się wokół tematów duchowych, psychodelików, religii, śmierci, zdrowia psychicznego. Są one fragmentami niewyreżyserowanych rozmów przeprowadzonych przez Trussella z miejscami dodanymi kwestiami komentującymi to, co dzieje się w warstwie animacji. A dzieje się dużo: trwa zombie apokalipsa, klauni przerabiają na mięso dziwne stworzenia, w międzyczasie mierząc się z rebelią, człowiek z rybą w akwarium zamiast głowy ze statku sterowanego przez koty wybiera się w podróż, skutkującą destrukcją jego świata… i wiele więcej.

15912259935963452456828488573148

Intensywność i głębia rozmów, zestawiona z kolorową, psychodeliczną warstwą wizualną początkowo może wydawać się przytłaczająca. Z nieporuszenia Clancy’ego i jego rozmówców można wyciągnąć kilka wniosków. Pierwszy jest taki, że jest to apoteoza stoicyzmu czy też świadomej obecności, która pozwala zachować spokój nawet w obliczu najbardziej drastycznych wydarzeń. Z czasem jednak zaczyna zastanawiać powtarzalny charakter symulacji  – chociaż za każdym razem odwiedzane światy są barwne i ekscytujące, a zaangażowanie w rozmowy autentyczne, nowe przygody w żaden sposób nie przekładają się na autentyczne zmiany w codzienności. Chociaż nasz bohater prowadzi alternatywny styl życia, pełen psychodelicznych doznań i wnikliwych rozmów, w rzeczywistości pozostaje odcięty od swojej rodziny, odrzuca telefony od martwiącej się o niego siostry, ucieka od problemów w świat fikcji.

Nie zrozumcie mnie źle – każda rozmowa jest autentycznie interesująca i poszerza rozumienie świata przez Clancy’ego. Jest on uważnym rozmówcą, empatycznym i zainteresowanym cudzymi perspektywami. Niemniej z czasem jego przytakiwanie i zachwyt zaczynają sprawiać wrażenie mechanicznych, jakby przyzwyczaił się do ciągłego reagowania zadziwieniem i ekstazą na kolejne abstrakcyjne, duchowe stwierdzenia. Bardziej istotne wydaje się być to, że nagrana rozmowa została odsłuchana w sieci przez losowego fana, niż sama jej treść. Jedyną faktyczną wartością stają się… kolekcjonowane przez Clany’ego buty osób spotkanych w czasie podróży.

Dzikość i abstrakcyjność animacji jest jednocześnie ćwiczeniem w stoicyzmie, ale też, moim zdaniem, swego rodzaju komentarzem na temat tego, jak brutalne i przebodźcowujące są nasze „rozpraszacze”. Clancy rozpraszał się poprzez swoje ekstremalne przygody oraz głębokie rozmowy, które były dla niego niewątpliwie istotne, ale również służyły za ucieczkę od jego rzeczywistości, co jest świetnym przykładem zjawiska znanego jako „spiritual bypassing”, polegającego na uciekaniu w duchowość od przepracowywania swoich problemów. W jednym z odcinków podcaster przechodzi krótki trening medytacji, po którym stwierdza, że jest oświecony. Wystarczy jednak konfrontacja z nudą i z tematami dotyczącymi śmierci, aby uznał, że takie stwierdzenie jest „żenujące”. Poczucie bycia „oświeconym” stało się kolejną elementem jego ego, co samo w sobie jest – niezwykle często spotykanym – paradoksem.

Ostatni odcinek, w którym Clancy’ego odwiedza jego umierająca matka tak naprawdę „robi” cały serial. Warstwa animacji pokazuje w spokojny, wyjątkowo pacyfistyczny spokój (podkreślony udziałem pluszowych misiów w roli aktorów drugoplanowych) drogę życia człowieka od narodzin do śmierci. Matka Trussella uczy w trakcie rozmowy swojego syna, jak zacząć słuchać samego siebie, zamiast ciągłego słuchania innych.

Dopiero kiedy konfrontuje się z rzeczywistością – której personifikacją była matka – osiąga swoisty rodzaj spokoju i prawdziwego zrozumienia. Dopiero kiedy jest  w stanie wypłakać swoje emocje, spotkać się z nimi na poziomie ciała i realnej relacji, a nie w rozumie, może osiągnąć spokój, oraz pogodzenie ze śmiercią matki.

15912251162195265096155284397866

Można uznać, że to doświadczenie przygotowało bohatera na przejście samemu w inny stan istnienia. Clancy zostaje wciągnięty do symulatora, ale symulator zostaje zniszczony przez policję. Nie wiemy więc, czy Clancy faktycznie umarł, czy też jest na zawsze zamknięty w kolejnej symulacji. Tutaj można by wejść w kolejne dywagacje i metafory porównujące śmierć do symulacji. Przed Clancym pojawia się tego typu sposobność w osobie mnicha buddyjskiego. Nasz bohater automatycznie wyjmuje dyktafon i pyta o udział w podcaście, po czym się zatrzymuje… „Czy ja umarłem?”, dziwi się. „Po prostu bądź w tu i teraz”, odpowiada mnich.

I Clancy zdaje się po raz pierwszy nie patrzeć na to stwierdzenie jako na kolejną intelektualną, duchową błyskotkę. Rozumie, kogo i czego musi teraz słuchać. Zamienił teoretyczną konsumpcję duchowego contentu na autentyczną obecność. Nic nie odpowiada. Po prostu jest, parafrazując Tadeusza Woźniaka, nie wiadomo gdzie – na zawsze.

Ocena: 8/10

The Midnight Gospel.  Produkcja Netflix, 2020.

Przechodząc samego siebie – przedstawienie chorób psychicznych w grach „Celeste” oraz „Hellblade: Senua’s Sacrifice”

Uwaga! Poniższy tekst zawiera spoilery dotyczące przebiegu i zakończenia gier Celeste oraz Hellblade: Senua’s Sacrifice. Szczerze polecam zapoznanie się z grami przed przeczytaniem tego tekstu – streszcza on gry, co w żadnej mierze nie odda doświadczenia, jakimi są, dlatego proszę o lekturę tylko w wypadku a. nie bycia graczem; b. nieposiadania funduszy i/lub czasu na zapoznanie się z Celeste i Hellblade.


Opowieść to jedno z najstarszych, jeśli nie najstarsze, narzędzie do nauki empatii. Tak jak rodzic opisujący świat dziecku, dla którego może się on jawić jako niezrozumiała magma, czyni go bardziej czytelnym (kwestia „negatywnego programowania”, które często ma miejsce w tym przypadku, to materiał na inny tekst), tak opowieści oferują nam lustro, dzięki któremu możemy dostrzec i zrozumieć ukryty przed nami samymi nasz własny świat wewnętrzny.

Czytaj dalej „Przechodząc samego siebie – przedstawienie chorób psychicznych w grach „Celeste” oraz „Hellblade: Senua’s Sacrifice””

„Watchmen”, „Mroczne materie” i przepis HBO na seriale

Co poniedziałek oglądam z zaangażowaniem największe bieżące produkcje HBO – wariację na temat kultowego uniwersum anybohaterskich bohaterów „Watchmen” oraz „Ciemne materie”, aspirujące do miejsca zostawionego po haniebnie zabitej pośpiechem „Grze o Tron” – i myślę o schematach, które tworzą jakościową telewizję.

(„Watchmeni” są wg mnie parę klas lepsi od dość młodzieżowych „Materii”, a najlepszym serialem fantasy roku 2019 jest bez wątpienia „Ciemny kryształ”, but still, są punkty wspólne, a ja mam obsesję szukania punktów wspólnych…).

Ewidentnych składników widzę kilka. (Spoilery na poziomie pierwszego odcinka).

  1. Zabawa schematami, poprzez tworzenie światów przedstawionych będących kreatywną wariacją na temat kulturowych klisz. Tutaj ukłony głównie do twórców pierwowzorów, czyli Moore’a – twórcy alternatywnej Ameryki z wątpliwymi moralnie superbohaterami i Pullmana, który sprawnie wybudował alternatywną Anglię używając fantasy tak jak należy – gadające zwierzęta nie są fanaberią, tylko reprezentacją duszy ludzi zamieszkujących ten świat. (Należy zaznaczyć, że w przypadku „Watchmenów” skonstruowano całkiem nową opowieść na podstawie komiksowego uniwersum, więc szacunek również dla Lindelofa).
  2. Tworzenie wielopoziomowej tajemnicy. (W „Materiach” – po co porywane są dzieci? Czym jest Pył? Co ukrywa Magisterium i jakie ma cele?) Każdy kolejny odcinek daje nam trochę odpowiedzi, ale też kolejne pytania.
  3. Bezkompromisowy komentarz społeczny. W „Watchmenach” od początku widzimy napięcia rasowe, temat w USA nadal aktualny i nieprzepracowany – tragiczna masakra czarnej ludności w Tulsie, którym zaczyna się serial, zdaje się wydarzeniem mało obecnym w amerykańskiej świadomości. Serial dobitnie pokazuje, że problemu rasizmu nie da się zamieść pod dywan, ale robi to tworząc skomplikowaną siatkę zależności i zarzucając, hmmm, czerno-białą perspektywę (pun not intended, Jesus…). Odkrywamy świat opowieści takim, jaki jest, jednocześnie porównując ze światem własnym i nikt nikogo tu nie bije po głowie, krzycząc „PACZ TAK BYŁO” (looking at you, polskie kino historyczne).
  4. Szanowanie inteligencji widza. To HBO umie od czasów „Rodziny Soprano”. Ważniejsza jest immersja widza, poprzez wrzucenie na głęboką wodę, niż lęk przed jego zagubieniem. To też kwestia ograniczenia dialogów informacyjnych, co powinno być podstawą, a jednak często widać to w sporych produkcjach. (Przy „Materiach” niektórzy narzekają na to, że wyjaśniania jest wręcz za mało, ale według mnie dodaje to klimatu).
  5. I punkt możliwe, że najważniejszy, też dla innych mediów sztuki, niż telewizja, czyli SZACUNEK DO MEDIUM. To materiał na osobny tekst, ale w skrócie: to, jak przekazujemy opowieść i za pośrednictwem jakich gatunków jest tak samo ważne, jak sama opowieść. To nie jest kwestia „rzemiosła” i wykonania sprawnie zadania, tylko kwestia dystansu do formuł. Serial gatunkowy musi być pretekstem, a nie ograniczeniem. „Watchmeni” to idealny przykład.

Tutaj pojawiają się „ALE”, o których wielu twórców zapomina (I’m looking at you, „1983”…).
Ad. 1. Zabawa schematami nie oznacza olania zasad budowania historii.
Ad. 2. Tworzenie tajemnicy nie oznacza hermetyzmu. To, że coś jest niezrozumiałe to nie znaczy, że z zasady jest dobre.
Ad. 3. Komentarz społeczny nie oznacza indoktrynacji i walenia OŚWIECONĄ PRAWDĄ po głowie. Nie oznacza też stwierdzania oczywistości, typu KOMUNA BYŁA CIĘŻKA I SMUTNA, czy NO NA TEJ WOJNIE TO WPIERDOL, POKAŻMY GO BARDZIEJ JESZCZE, PRZYNIEŚĆ MI WIĘCEJ SIEKIER I FLAKÓW.
Ad. 4. Szanowanie inteligencji widzów nie oznacza tworzenia dla kółka masturbacyjnego zgrzybiałej yntelygencyji artystycznej.
Ad. 5. Szacunek do medium i dystans do formuł nie oznacza, że wszystko co jest pretensjonalne, jest dobre (looking at you, „Mowa ptaków”, nie mogłem oglądać po 25 minutach, gratulacje).