Samotność jest wirusem. Błogosławieństwo pandemii.

16_samotna_linoryt

Przynajmniej od roku 2016 czułem nadciągająca Erę Przełomu, ale zawsze majaczyła ona w oddali zwanej „bliską przyszłością”, była teorią, która za parę lat pozwoli mi poklepać się po plecach i stwierdzić „a nie mówiłem?”. W marcu tego roku stała się rzeczywistością. Może zaskoczyła mnie jej łagodność – w porównaniu z wojną światową, nawet milion ofiar wirusa wydaje się łaską przeznaczenia. Najwyraźniej ma ono takie samo zdanie na temat ludzkości, jak ja – jesteśmy bardziej duchowo rozwinięci, niż nam się wydaje i potrzebujemy tylko lekkiego popchnięcia. Wystarczy mikroskopijna istota, złożona z białka i informacji genetycznej, żeby podważyć społeczne systemy – przecież w swojej podstawie są one niematerialną fikcją, tak więc ma nad nimi przewagę kilku nanometrów rzeczywistości.

Tak samo dojmującą rzeczywistością, jak ta pojedyncza komórka, wydają się być jedyne dwa możliwe stany funkcjonowania człowieka w świecie: stan pojedynczy (odosobnienie) i stan relacji. Od zawsze uważałem się za osobę lubiącą samotność i świetnie funkcjonującą w wyizolowaniu. Nie ma się co dziwić – w końcu jako introwertyk właśnie w samotności odzyskuję energię. Bodźce zewnętrzne są dla mnie przyjemne, ale na krótką metę – dość szybko mój organizm się nimi przeciąża i dąży do regeneracji. To ten moment w czasie spotkań towarzyskich, gdy robię się niepokojąco milczący i na pytanie „o czym myślisz?” mam ochotę odpowiedzieć „o jak najszybszym powrocie do domu”. Oczywiście tego nie robię, albo formułuję tę myśl w sposób bardziej dyplomatyczny. Kiedy w końcu udaje mi się ukryć w swoich czterech kątach, często konieczne jest parę dni, zanim znów będę gotów spotkać się drugim człowiekiem. (Oczywiście dochodzi tutaj kwestia lęków społecznych, niemniej z wiekiem są one u mnie coraz mniejsze, a mylenie ich z introwersją jest błędem, ale to temat na inny tekst).

Tym bardziej zaskoczyło mnie to, jak moje samopoczucie drastycznie pogorszyło się w pierwszym miesiącu izolacji. Kiedy izolacja przestaje być wyborem, a zaczyna być nieuniknioną koniecznością, trudno nie poczuć bezsilności. Możliwość eliminacji chwilowego poczucia samotności, wynikającego ze zwykłego braku ludzi dookoła sprawia, że przez całe życie możemy nie skonfrontować się z bardziej dogłębną, bardziej egzystencjalną wersją samotności.

Czytaj dalej „Samotność jest wirusem. Błogosławieństwo pandemii.”

Prosta medytacja

110297188_588472555391708_7228942551463736715_n

 

codzienność jest wiecznością

codzienność jest niezgłębionym

 

ciemne wybuchy ciał astralnych

uwzniośla tylko umysł

 

umysł jest tylko przejawem

człowiek nadaje znaczenia

jest w nich treść, ale nie sens

 

człowiek lekceważy codzienność

jak ryba wodę

woda jest jak ciała astralne

 

codzienność rozumiana jako powtarzalność

to codzienność będąca tylko przejawem

 

człowiek nie jest wszystkim

człowiek jest tylko przejawem

 

człowiek jest niezgłębiony

tylko dla siebie

Przepływając Przez Kruchość / Funneled Through Frailness

Vision-Crystal-Web-with-watermark
by Alex Grey

 

Przepływając Przez Kruchość

 

Niczym z kalejdoskopu Światło z Piany się wyłoniło

Przyniosło okrzyki, radości, formy wszystkiego, co było

Motywacją było „przetrwać”, mieć dom i żeby się żyło

–Na początku było Słowo, przepływające przez Kruchość

 

W mgnieniu przyszła zasada, że zasady przekazywane będą

Nieważne czy wyryte dłutem, czy nabazgrane dziecięcą ręką

Ustanowione zostały by chronić przed strachu męką

–Gdyż strach pozostawił blizny, gdy przepływał przez Kruchość

 

Eony, wieki później, nadal rządzą reguły

Dzięki sile Woli, od której zależni z natury

Zadziera im ona głowy, każe obmyślać tortury

–Głowy, które zapomniały, że przepływają przez Kruchość

 

Zmieniać to zachowywać, a zachowywać to zmieniać

Ale zależni uznają to za wybór, zamiast o czucie zabiegać

Pozwolić na odczuwanie bólu, na zmysłach polegać

–Ścieżka jest za wąska, by przepływały przez Kruchość

 

–Jednak pewnego dnia po mękach i długich snu wiekach

Dostrzegą, że Kruchość to nie ułomność, a prawdziwa zaleta

Która może sprawić, iż dostrzegą najgłębszą prawdę Człowieka

–Zaiste wszyscy są Bogiem – przepływającym przez Kruchość

 

 

Funneled Through Frailness

 

Kaleidoscope-like Light emerged from the Foam

Brought yawps, and joys, and pains, and form

Incentive was “survive”, just live and build home

–First there was the Word, that was funneled through Frailness

 

In jiff came a rule, that the rules will be pass on

Does not matter if written by chisel or crayon

They were set to protect us from the fear long foregone

–Because that fear left scars while funneled through Frailness

 

Eons after that, rules apply still

Thanks to the power and addiction to Will

That holds the heads high, make them think who to kill

–Heads which forgot that they are funneled through Frailness

 

To keep is to change and to change is to keep

But the addicts choose between those, instead to just feel

The feelings of pain, sensations of what’s real

–Pathway seems too narrow, it can’t be funneled through Frailness

 

–But one day after toils and centuries of sleep

They’ll see that the Frailness is not a defect, but a merit

That can make them see Truth most profound and most deep

–They are indeed God that is funneled through Frailness

 

Hałas

PWSep18Ball-noise_HERO-1024x576

Pukanie młotkiem, wiercenie w ścianach. Kosiarka. Co dziesięć minut dźwięk syreny pogotowia lub policji. Budowa parę bloków dalej. Motory bez tłumika. Warszawa, Mokotów. Budzę się roztrzęsiony i niewyspany, po kilkugodzinnym śnie – w nocy zazwyczaj nie śpię, bo wydaje mi się to stratą. To jedyny moment w ciągu doby, kiedy ludzie dają światu istnieć, kiedy można dostrzec naturalną przestrzeń egzystencji bez presji działania.

Nie bez znaczenia „Dzień Świra”, komedia będąca najsłynniejszym rozliczeniem z cechami narodowymi, jest wypełniona irytacją wynikającą z otaczającego hałasu. Cały świat zdaje się być przeciwny spokojowi głównego bohatera, który jest osobą wysoko wrażliwą, „inteligentem” nieprzystosowanym do brutalnej rzeczywistości. Łatwo jednak dostrzec, że problemem nie jest hałas zewnętrzny, tylko ten wewnętrzny. Czy to bodźce zmysłowe doprowadziły do gonitwy myśli, czy też gonitwa myśli przesadnie uwrażliwiła na świat zewnętrzny?

Moje doświadczenie podpowiada mi, że jest to ten drugi przypadek. Chociaż oczywiście trwający dwa miesiące remont rozstraja nerwy, łatwiej go znieść, gdy nie wtóruje mu ciągły wewnętrzny monolog. W moim przypadku jest to nieustanna litania „powinieneś” i „jesteś”. Żadne działanie nie jest wystarczające, kiedy umysł skoncentrowany jest na nieistniejącym celu, który zawsze jest formą zastępczą dla jakiegoś rodzaju emocjonalnej ulgi, dlatego kiedy zostaje osiągnięty, często okazuje się rozczarowujący.  Działanie jako dążenie do bycia osobą, z którą się w końcu pogodzimy, to presja bycia robieniem, zamiast bycia bytem, rozrastająca się na wszelkie momenty życia. A przecież nazywamy się human BEINGS, nie human doings. I każdemu, kto uważa za przyczynę problemu pracę etatową, korporacje i inne wątpliwie sensowne współczesne wynalazki zawodowe, mówię zdecydowanie, jako człowiek bez etatu i przez większość czasu zajmujący się twórczością – spokojnie, Twój umysł zawsze znajdzie pretekst do przejmowania się i do włączania presji działania. W moim przypadku nawet w dniach zaplanowanego relaksu wciąż pojawia się presja działania, tyle że relaksowego – „obijasz się, zamiast skończyć tą grę/serial!”.

Po wyrzuceniu z siebie tego tekstu i krótkiej, bardzo pomocnej medytacji, wyszedłem z domu. Pomimo unikania, z przyczyn czysto lękowych, odwiedzi sąsiadów z pytaniem o pozostały czas remontu, świat zesłał mi jednego z robotników do windy. Hałas powinien skończyć się jutro. Ciekawe, że dowiedziałem się tego w godzinę po tym, jak zatrzymał się we mnie.

photo copyright: stevanovicigor

Bliss Panning. Finding Shadows. / Płukanie Błogości. Znajdowanie Cieni.

6a00e5504d31c88833015435b8518e970c

 

Bliss Panning. Finding Shadows. 

 

What is for now here;

sizzling underneath;

black mass harbored for

dense dance of rigidity

–false, false.

 

Beaming with light – on the other end –

are sounds and sincerity

lust as a purified gold

meadows filled with joyous pain of

breaking through prickly roses

childlike wonder of mild dusk sadness

when animals are coming to homes

when people are particles of air–

 

 

 

Płukanie Błogości. Znajdowanie Cieni.

 

Co jest dla tu teraz;

skwiercząc pod spodem;

czarna masa uprawiana dla

gęstego tańca sztywności

­– fałsz, fałsz.

 

Promieniujący światłem – na drugiej stronie –

jest dźwięk i szczerość

żądza jako oczyszczone złoto

łąki wypełnione radosnym bólem

przedzierania się przez kujące róże

dziecięcy zachwyt łagodnym smutkiem zmierzchu

kiedy zwierzęta wracają do domów

kiedy ludzie są cząsteczkami powietrza–

 

 

artwork by Cy Twombly

Afirmacja

104121368_2598299813762908_8296644396347996179_n

Szum to tylko zbroja pustki, mówicie, a przeludnienie –

łabędzi śpiew świata. Czym jest w takim ujęciu

gęste ciepło wiosny? – dla was pewnie

kliszą. Jednak codziennie wdycham słoną pewność

 

liczę na blaski na blaszanych śmietnikach i nawet

szumu formę jestem w stanie zaprosić do siebie

bez wzdrygnięcia. Pamiętajmy jednak, że nikt z nas nie zostanie

osądzony na sądzie ostatecznych ­– póki mamy czas

zwróćmy nasz wzrok na proste, płynące słońca.

 

 

art by @celebrateandcreateiceland

The Midnight Gospel – od turystyki duchowej do głębi zrozumienia

15912259649698672434566752752524

Uwaga! Tekst zawiera spoilery dotyczące przebiegu i zakończenia serialu „The Midnight Gospel”.

Ogromna część świata walczy z głodem, miliony ludzi umierają z powodu chorób tak błahych, jak biegunka, a wojny, nadal mające miejsce, przez media zostały sprowadzone do wygodnego wyzwalacza okresowej empatii. Tymczasem uprzywilejowani mieszkańcy krajów zachodnich (do których sam się zaliczam), coraz bardziej interesują się tematyką duchowości, przez internet często podawanej w formie ciężkiego do ogarnięcia kolażu, w którym teorie spiskowe i antyszczepionkowcy mieszają się z naukami Upaniszad, mnichów zen czy nauczycieli mindfulness… Często przewodnikami pośród tego gąszcza ezoterycznych terminów stają się twórcy internetowego contentu, youtuberzy i podcasterzy, zazwyczaj szczerze zainteresowani tematami dotyczącymi duchowościami, podejmowanymi przez ich rozmówców. Nie mniej po jakimś czasie słuchania tego typu treści pojawia się w głowie pytanie: „na ile zagłębianie się w te tematy przybliża nas do rozwiązania rzeczywistych problemów, a na ile od nich oddala?”…

 „The Midnight Gospel”, najnowsze dzieło Pendletona Warda, twórcy „Adventure Time”, to nietypowe połączenie animacji dla dorosłych i podcastu właśnie. Główny bohater serialu, Clancy Gilroy, to animowane alter-ego podkładającego pod niego głos Duncana Trussella, prawdziwego podcastera. Clancy spędza całe dnie na relaksie, słuchaniu muzyki i eksplorowaniu światów alternatywnych, stworzonych przez symulator. W tych sztucznych światach poznaje animowane odpowiedniki autentycznych rozmówców Duncana. Należą do nich specjalizujący się w uzależnieniach doktor-celebryta Dr. Drew, walcząca z tabuizacją śmierci przedsiębiorczyni pogrzebowa Caitilin Doughty, nauczyciel buddyjski David Nichtern, czy Damien Echols, były więzień zajmujący się magią rytualną.

Dialogi zazwyczaj obracają się wokół tematów duchowych, psychodelików, religii, śmierci, zdrowia psychicznego. Są one fragmentami niewyreżyserowanych rozmów przeprowadzonych przez Trussella z miejscami dodanymi kwestiami komentującymi to, co dzieje się w warstwie animacji. A dzieje się dużo: trwa zombie apokalipsa, klauni przerabiają na mięso dziwne stworzenia, w międzyczasie mierząc się z rebelią, człowiek z rybą w akwarium zamiast głowy ze statku sterowanego przez koty wybiera się w podróż, skutkującą destrukcją jego świata… i wiele więcej.

15912259935963452456828488573148

Intensywność i głębia rozmów, zestawiona z kolorową, psychodeliczną warstwą wizualną początkowo może wydawać się przytłaczająca. Z nieporuszenia Clancy’ego i jego rozmówców można wyciągnąć kilka wniosków. Pierwszy jest taki, że jest to apoteoza stoicyzmu czy też świadomej obecności, która pozwala zachować spokój nawet w obliczu najbardziej drastycznych wydarzeń. Z czasem jednak zaczyna zastanawiać powtarzalny charakter symulacji  – chociaż za każdym razem odwiedzane światy są barwne i ekscytujące, a zaangażowanie w rozmowy autentyczne, nowe przygody w żaden sposób nie przekładają się na autentyczne zmiany w codzienności. Chociaż nasz bohater prowadzi alternatywny styl życia, pełen psychodelicznych doznań i wnikliwych rozmów, w rzeczywistości pozostaje odcięty od swojej rodziny, odrzuca telefony od martwiącej się o niego siostry, ucieka od problemów w świat fikcji.

Nie zrozumcie mnie źle – każda rozmowa jest autentycznie interesująca i poszerza rozumienie świata przez Clancy’ego. Jest on uważnym rozmówcą, empatycznym i zainteresowanym cudzymi perspektywami. Niemniej z czasem jego przytakiwanie i zachwyt zaczynają sprawiać wrażenie mechanicznych, jakby przyzwyczaił się do ciągłego reagowania zadziwieniem i ekstazą na kolejne abstrakcyjne, duchowe stwierdzenia. Bardziej istotne wydaje się być to, że nagrana rozmowa została odsłuchana w sieci przez losowego fana, niż sama jej treść. Jedyną faktyczną wartością stają się… kolekcjonowane przez Clany’ego buty osób spotkanych w czasie podróży.

Dzikość i abstrakcyjność animacji jest jednocześnie ćwiczeniem w stoicyzmie, ale też, moim zdaniem, swego rodzaju komentarzem na temat tego, jak brutalne i przebodźcowujące są nasze „rozpraszacze”. Clancy rozpraszał się poprzez swoje ekstremalne przygody oraz głębokie rozmowy, które były dla niego niewątpliwie istotne, ale również służyły za ucieczkę od jego rzeczywistości, co jest świetnym przykładem zjawiska znanego jako „spiritual bypassing”, polegającego na uciekaniu w duchowość od przepracowywania swoich problemów. W jednym z odcinków podcaster przechodzi krótki trening medytacji, po którym stwierdza, że jest oświecony. Wystarczy jednak konfrontacja z nudą i z tematami dotyczącymi śmierci, aby uznał, że takie stwierdzenie jest „żenujące”. Poczucie bycia „oświeconym” stało się kolejną elementem jego ego, co samo w sobie jest – niezwykle często spotykanym – paradoksem.

Ostatni odcinek, w którym Clancy’ego odwiedza jego umierająca matka tak naprawdę „robi” cały serial. Warstwa animacji pokazuje w spokojny, wyjątkowo pacyfistyczny spokój (podkreślony udziałem pluszowych misiów w roli aktorów drugoplanowych) drogę życia człowieka od narodzin do śmierci. Matka Trussella uczy w trakcie rozmowy swojego syna, jak zacząć słuchać samego siebie, zamiast ciągłego słuchania innych.

Dopiero kiedy konfrontuje się z rzeczywistością – której personifikacją była matka – osiąga swoisty rodzaj spokoju i prawdziwego zrozumienia. Dopiero kiedy jest  w stanie wypłakać swoje emocje, spotkać się z nimi na poziomie ciała i realnej relacji, a nie w rozumie, może osiągnąć spokój, oraz pogodzenie ze śmiercią matki.

15912251162195265096155284397866

Można uznać, że to doświadczenie przygotowało bohatera na przejście samemu w inny stan istnienia. Clancy zostaje wciągnięty do symulatora, ale symulator zostaje zniszczony przez policję. Nie wiemy więc, czy Clancy faktycznie umarł, czy też jest na zawsze zamknięty w kolejnej symulacji. Tutaj można by wejść w kolejne dywagacje i metafory porównujące śmierć do symulacji. Przed Clancym pojawia się tego typu sposobność w osobie mnicha buddyjskiego. Nasz bohater automatycznie wyjmuje dyktafon i pyta o udział w podcaście, po czym się zatrzymuje… „Czy ja umarłem?”, dziwi się. „Po prostu bądź w tu i teraz”, odpowiada mnich.

I Clancy zdaje się po raz pierwszy nie patrzeć na to stwierdzenie jako na kolejną intelektualną, duchową błyskotkę. Rozumie, kogo i czego musi teraz słuchać. Zamienił teoretyczną konsumpcję duchowego contentu na autentyczną obecność. Nic nie odpowiada. Po prostu jest, parafrazując Tadeusza Woźniaka, nie wiadomo gdzie – na zawsze.

Ocena: 8/10

The Midnight Gospel.  Produkcja Netflix, 2020.

Crisis Looming / Kryzys nadciąga

art by @celebrateandcreateiceland

Crisis Looming

          in a style of XIXth century poetry

 

          Was waiting long for words to rot,

while feeding hatred for them.

          Time hid the life, only fear I’ve got –

he was my playtime’s warden.

 

          Time gave us plagues and burned our trees,

stacked all the thoughts boringly.

          I guess all times have timely whims,

which make them roar splendidly.

 

          – ‘Tis was no time, for it’s a lie!

We’re all now wrecked by listlessness.

          And stupid wisdom dares to try

to call it our „dailiness”.

Kryzys nadciąga

            w stylu XIX-wiecznej poezji

 

            Czekałem długo na słów przegnicie,

karmiąc wobec nich nienawiść.

            Czas wzmagał lęk i chował życie,

wciąż dając mi się bawić.

 

            Czas dawał plagi i palił lasy,

i myśli spiętrzał nudnie.

            Widocznie tak to wszystkie czasy

straszno wciąż grzmią i cudnie.

 

            – Żadne to czasy, gdy czas to mara!

Wyniszcza nas wciąż bierność!

            A nasza głupia mądrość stara

przezywa ją „codzienność”.

Przechodząc samego siebie – przedstawienie chorób psychicznych w grach „Celeste” oraz „Hellblade: Senua’s Sacrifice”

Uwaga! Poniższy tekst zawiera spoilery dotyczące przebiegu i zakończenia gier Celeste oraz Hellblade: Senua’s Sacrifice. Szczerze polecam zapoznanie się z grami przed przeczytaniem tego tekstu – streszcza on gry, co w żadnej mierze nie odda doświadczenia, jakimi są, dlatego proszę o lekturę tylko w wypadku a. nie bycia graczem; b. nieposiadania funduszy i/lub czasu na zapoznanie się z Celeste i Hellblade.


Opowieść to jedno z najstarszych, jeśli nie najstarsze, narzędzie do nauki empatii. Tak jak rodzic opisujący świat dziecku, dla którego może się on jawić jako niezrozumiała magma, czyni go bardziej czytelnym (kwestia „negatywnego programowania”, które często ma miejsce w tym przypadku, to materiał na inny tekst), tak opowieści oferują nam lustro, dzięki któremu możemy dostrzec i zrozumieć ukryty przed nami samymi nasz własny świat wewnętrzny.

Czytaj dalej „Przechodząc samego siebie – przedstawienie chorób psychicznych w grach „Celeste” oraz „Hellblade: Senua’s Sacrifice””

„Watchmen”, „Mroczne materie” i przepis HBO na seriale

Co poniedziałek oglądam z zaangażowaniem największe bieżące produkcje HBO – wariację na temat kultowego uniwersum anybohaterskich bohaterów „Watchmen” oraz „Ciemne materie”, aspirujące do miejsca zostawionego po haniebnie zabitej pośpiechem „Grze o Tron” – i myślę o schematach, które tworzą jakościową telewizję.

(„Watchmeni” są wg mnie parę klas lepsi od dość młodzieżowych „Materii”, a najlepszym serialem fantasy roku 2019 jest bez wątpienia „Ciemny kryształ”, but still, są punkty wspólne, a ja mam obsesję szukania punktów wspólnych…).

Ewidentnych składników widzę kilka. (Spoilery na poziomie pierwszego odcinka).

  1. Zabawa schematami, poprzez tworzenie światów przedstawionych będących kreatywną wariacją na temat kulturowych klisz. Tutaj ukłony głównie do twórców pierwowzorów, czyli Moore’a – twórcy alternatywnej Ameryki z wątpliwymi moralnie superbohaterami i Pullmana, który sprawnie wybudował alternatywną Anglię używając fantasy tak jak należy – gadające zwierzęta nie są fanaberią, tylko reprezentacją duszy ludzi zamieszkujących ten świat. (Należy zaznaczyć, że w przypadku „Watchmenów” skonstruowano całkiem nową opowieść na podstawie komiksowego uniwersum, więc szacunek również dla Lindelofa).
  2. Tworzenie wielopoziomowej tajemnicy. (W „Materiach” – po co porywane są dzieci? Czym jest Pył? Co ukrywa Magisterium i jakie ma cele?) Każdy kolejny odcinek daje nam trochę odpowiedzi, ale też kolejne pytania.
  3. Bezkompromisowy komentarz społeczny. W „Watchmenach” od początku widzimy napięcia rasowe, temat w USA nadal aktualny i nieprzepracowany – tragiczna masakra czarnej ludności w Tulsie, którym zaczyna się serial, zdaje się wydarzeniem mało obecnym w amerykańskiej świadomości. Serial dobitnie pokazuje, że problemu rasizmu nie da się zamieść pod dywan, ale robi to tworząc skomplikowaną siatkę zależności i zarzucając, hmmm, czerno-białą perspektywę (pun not intended, Jesus…). Odkrywamy świat opowieści takim, jaki jest, jednocześnie porównując ze światem własnym i nikt nikogo tu nie bije po głowie, krzycząc „PACZ TAK BYŁO” (looking at you, polskie kino historyczne).
  4. Szanowanie inteligencji widza. To HBO umie od czasów „Rodziny Soprano”. Ważniejsza jest immersja widza, poprzez wrzucenie na głęboką wodę, niż lęk przed jego zagubieniem. To też kwestia ograniczenia dialogów informacyjnych, co powinno być podstawą, a jednak często widać to w sporych produkcjach. (Przy „Materiach” niektórzy narzekają na to, że wyjaśniania jest wręcz za mało, ale według mnie dodaje to klimatu).
  5. I punkt możliwe, że najważniejszy, też dla innych mediów sztuki, niż telewizja, czyli SZACUNEK DO MEDIUM. To materiał na osobny tekst, ale w skrócie: to, jak przekazujemy opowieść i za pośrednictwem jakich gatunków jest tak samo ważne, jak sama opowieść. To nie jest kwestia „rzemiosła” i wykonania sprawnie zadania, tylko kwestia dystansu do formuł. Serial gatunkowy musi być pretekstem, a nie ograniczeniem. „Watchmeni” to idealny przykład.

Tutaj pojawiają się „ALE”, o których wielu twórców zapomina (I’m looking at you, „1983”…).
Ad. 1. Zabawa schematami nie oznacza olania zasad budowania historii.
Ad. 2. Tworzenie tajemnicy nie oznacza hermetyzmu. To, że coś jest niezrozumiałe to nie znaczy, że z zasady jest dobre.
Ad. 3. Komentarz społeczny nie oznacza indoktrynacji i walenia OŚWIECONĄ PRAWDĄ po głowie. Nie oznacza też stwierdzania oczywistości, typu KOMUNA BYŁA CIĘŻKA I SMUTNA, czy NO NA TEJ WOJNIE TO WPIERDOL, POKAŻMY GO BARDZIEJ JESZCZE, PRZYNIEŚĆ MI WIĘCEJ SIEKIER I FLAKÓW.
Ad. 4. Szanowanie inteligencji widzów nie oznacza tworzenia dla kółka masturbacyjnego zgrzybiałej yntelygencyji artystycznej.
Ad. 5. Szacunek do medium i dystans do formuł nie oznacza, że wszystko co jest pretensjonalne, jest dobre (looking at you, „Mowa ptaków”, nie mogłem oglądać po 25 minutach, gratulacje).