Samotność jest wirusem. Błogosławieństwo pandemii.

16_samotna_linoryt

Przynajmniej od roku 2016 czułem nadciągająca Erę Przełomu, ale zawsze majaczyła ona w oddali zwanej „bliską przyszłością”, była teorią, która za parę lat pozwoli mi poklepać się po plecach i stwierdzić „a nie mówiłem?”. W marcu tego roku stała się rzeczywistością. Może zaskoczyła mnie jej łagodność – w porównaniu z wojną światową, nawet milion ofiar wirusa wydaje się łaską przeznaczenia. Najwyraźniej ma ono takie samo zdanie na temat ludzkości, jak ja – jesteśmy bardziej duchowo rozwinięci, niż nam się wydaje i potrzebujemy tylko lekkiego popchnięcia. Wystarczy mikroskopijna istota, złożona z białka i informacji genetycznej, żeby podważyć społeczne systemy – przecież w swojej podstawie są one niematerialną fikcją, tak więc ma nad nimi przewagę kilku nanometrów rzeczywistości.

Tak samo dojmującą rzeczywistością, jak ta pojedyncza komórka, wydają się być jedyne dwa możliwe stany funkcjonowania człowieka w świecie: stan pojedynczy (odosobnienie) i stan relacji. Od zawsze uważałem się za osobę lubiącą samotność i świetnie funkcjonującą w wyizolowaniu. Nie ma się co dziwić – w końcu jako introwertyk właśnie w samotności odzyskuję energię. Bodźce zewnętrzne są dla mnie przyjemne, ale na krótką metę – dość szybko mój organizm się nimi przeciąża i dąży do regeneracji. To ten moment w czasie spotkań towarzyskich, gdy robię się niepokojąco milczący i na pytanie „o czym myślisz?” mam ochotę odpowiedzieć „o jak najszybszym powrocie do domu”. Oczywiście tego nie robię, albo formułuję tę myśl w sposób bardziej dyplomatyczny. Kiedy w końcu udaje mi się ukryć w swoich czterech kątach, często konieczne jest parę dni, zanim znów będę gotów spotkać się drugim człowiekiem. (Oczywiście dochodzi tutaj kwestia lęków społecznych, niemniej z wiekiem są one u mnie coraz mniejsze, a mylenie ich z introwersją jest błędem, ale to temat na inny tekst).

Tym bardziej zaskoczyło mnie to, jak moje samopoczucie drastycznie pogorszyło się w pierwszym miesiącu izolacji. Kiedy izolacja przestaje być wyborem, a zaczyna być nieuniknioną koniecznością, trudno nie poczuć bezsilności. Możliwość eliminacji chwilowego poczucia samotności, wynikającego ze zwykłego braku ludzi dookoła sprawia, że przez całe życie możemy nie skonfrontować się z bardziej dogłębną, bardziej egzystencjalną wersją samotności.

Czytaj dalej „Samotność jest wirusem. Błogosławieństwo pandemii.”

Przechodząc samego siebie – przedstawienie chorób psychicznych w grach „Celeste” oraz „Hellblade: Senua’s Sacrifice”

Uwaga! Poniższy tekst zawiera spoilery dotyczące przebiegu i zakończenia gier Celeste oraz Hellblade: Senua’s Sacrifice. Szczerze polecam zapoznanie się z grami przed przeczytaniem tego tekstu – streszcza on gry, co w żadnej mierze nie odda doświadczenia, jakimi są, dlatego proszę o lekturę tylko w wypadku a. nie bycia graczem; b. nieposiadania funduszy i/lub czasu na zapoznanie się z Celeste i Hellblade.


Opowieść to jedno z najstarszych, jeśli nie najstarsze, narzędzie do nauki empatii. Tak jak rodzic opisujący świat dziecku, dla którego może się on jawić jako niezrozumiała magma, czyni go bardziej czytelnym (kwestia „negatywnego programowania”, które często ma miejsce w tym przypadku, to materiał na inny tekst), tak opowieści oferują nam lustro, dzięki któremu możemy dostrzec i zrozumieć ukryty przed nami samymi nasz własny świat wewnętrzny.

Czytaj dalej „Przechodząc samego siebie – przedstawienie chorób psychicznych w grach „Celeste” oraz „Hellblade: Senua’s Sacrifice””