Święty Wkurw

Pamiętam, jak spowiadałem się z przeklinania. W paraliżującym strachu co miesiąc, lub dwa, podchodziłem do konfesjonału. Traktowałem naturalne elementy ludzkiej psychiki jako coś do wyeliminowania, czy usunięcia, a gładkie gadki księży mnie w takim podejściu wspierały. Pamiętam, jak spowiadałem się z masturbacji. Przez wiele lat ukrywając ten fakt przed spowiednikami w końcu się przełamałem, aby usłyszeć pochwałę za to, że w końcu się przyznałem, bo to „bardzo poważny grzech”. Pamiętam też, jak spowiadałem się ze „złych myśli”. W końcu w spowiedzi powszechnej przyznaje się do grzeszenia „myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. „Moja wina, moja wina, moja BARZO WIELKA wina”.

Chociaż krótko po bierzmowaniu przestałem identyfikować się jako katolik, efekty tego wszystkiego odczuwam do dzisiaj. Każdy dzień to ciągła walka ze swoimi myślami, próba ich kontroli celem osiągnięcia jakiegoś tajemniczego „progresu”, lepszego życia, szczęścia. (Myślę, że wiele osób, które odeszły z Kościoła, z czasem zamieniło zinternalizowane katolickie samobiczowanie na samobiczowanie samorozwojowe. Wiele podejść coachingowych używa dokładnie tych samych schematów mentalnych). Łatwo w tym dojść do paradoksu, w którym jest się w stanie piętnować samego siebie za posiadanie piętnujących samego siebie myśli. Takie zawirowania umysłu są w swojej istocie niezwykle uzależniające, co z kolei utrzymuje uzależnionych przy ich ulubionych dilerach nadziei – czy są nimi coachowie, czy Kościół Katolicki.

To tylko jeden aspekt katolickiego wirusa umysłowego. Drugim jest stłumienie seksualne. Oczywiście, nie wynika ono wyłącznie z indoktrynacji, ale w moim przypadku była ona wielkim elementem tego problemu. Nie każdy jako dziecko tak bardzo weźmie sobie do serca kościelny przekaz, ale ja wierzyłem w niego głęboko, jako ktoś od zawsze zainteresowany światem duchowym, którego Kościół w tamtych czasach był dla mnie jedyną, zdeformowaną reprezentacją. Myśli erotyczne były złe, masturbacja była zła, seks bez ślubu był zły. Osobistym efektem tych przekazów była wieloletnia samotność, obsesyjne myślenie na temat seksu, a raczej jego braku, lata terapii, pomimo intelektualnego zrozumienia dawno temu, że był to przekaz kłamliwy. Potrzebowałem wielu lat, aby wstyd przestał być dominującą dla mnie emocją, ale nadal regularnie doświadczam flashbacków w różnych sferach życia.


Mające miejsce protesty to erupcja emocji ludzi, którzy przez lata czuli się zniewoleni, lub młodzieży co chwilę stykającej się w szkole czy rodzinie z opresyjną mentalnością różną od ich wewnętrznej prawdy. Kwestia aborcji to tylko kropla, która przelała czarę goryczy, a rządząca partia stała się symbolem dekad mentalnego ucisku patologicznych idei Kościoła i patriarchatu. Idei, która niszczą kobiety tak samo, jak mężczyzn. Idei, które stały się tożsame z przekonaniami PiSu, co samo w sobie jest sytuacją żenującą, absurdalną i przerażającą. Osoby, które prawią o tym, że „nikt nie zmusza do wiary, nikt nie nakazuje być katolikiem” i tak dalej świadomie wybierają istnienie w abstrakcyjnej, idealistycznej krainie, w której deklaracje litery prawa są bardziej prawdziwe, niż rzeczywistość kulturowo-społeczna. Presja społeczna katolicyzmu i idei katolickich w Polsce jest dojmująca, dusząca i toksyczna.

Mający miejsce wkurw to coś więcej, niż wściekłość na wyrok Trybunału. To pierwsze stadium wyzwolenia się z marazmu, z zatkanych emocji, zrzucenie poprzez krzyk i marsz głęboko ukrytych w ciele fizycznych więzów przestarzałej moralności. To oczyszczający ogień symbolizującej życie kobiecej energii, jak hinduska bogini Kali niszczącej stary porządek, trzymającej w dłoniach głowy wrogów, a jednocześnie chroniącej naturę, niewinnych i dobro. Mający miejsce wkurw to nieuchronny element świętego procesu ostatecznej zmiany. Grzeczne stanie w miejscu, akceptowanie różnych stron, „idźcie sobie, źli panowie” zamiast „wypierdalaj” – wszystko to byłoby wpisywaniem się w upadający, stary porządek. Byłoby akceptacją przeintelektualizowanej, odciętej od życia pseudomoralności, stawiającej wyżej hipotetyczne istnienie dziecka nad faktyczną troskę o życie.

Strajk Kobiet (i nie mam tu na myśli wyłącznie organu pozarządowego stworzonego przez Martę Lempart) stał się największym ruchem pro-life w Polsce. Jest bowiem ruchem za życiem jako wolnością wyborów, jako wolnością ekspresji, jako wolnością seksualności. Osoby bojące się tej wolności jako potencjalnej siły niszczącej ich ideały muszą po prostu przyznać, że najwyraźniej ich ideały mają gliniane nogi, skoro wybory innych ludzi są w stanie je zniszczyć. Jednak to też jest w porządku – może z czasem zrozumieją, że trudno nazwać życiem odważnym i wolnym trzymanie się tożsamości zbudowanej na wstydzie i strachu. Chociaż trzymanie się tej tożsamości może być mniej przerażające, niż odrzucenie jej, to na pewno jest bardziej zniewalające.

Niech płonie święty ogień wkurwu. Z tej walki o „zabijanie”, jak to nazwałaby tę sytuację propaganda władzy, wszyscy wyjdziemy bardziej żywi.

Przynależność przez cierpienie

Jest taka scena w genialnym serialu komediowym „Crazy Ex-Girlfriend”, w której główna bohatera w trakcie bar micwy próbuje wytłumaczyć postaci spoza tego kręgu specyfikę kultury żydowskiej. Ponieważ Rebecca postrzega świat jako musical, w jej głowie święto zamienia się w piosenkę rodem z teatru żydowskiego, pod tytułem „Pamiętaj, że cierpieliśmy”. Jest to idealne podsumowanie fenomenu tworzenia tożsamości na bazie traum.

Wiemy też coś o tym, jako Polacy. Historia Polski ostatnich trzystu lat to historia ciągłych traum. Pamięć o nich jest ważna z wielu przyczyn: potrzebujemy jej, aby uczyć się na błędach, aby być w stanie zrozumieć przyczyny aktualnych wydarzeń (na przykład wzrost tendencji nacjonalistycznych podsyca historia „nieistniejącego państwa” i lęk przed powtórnym brakiem tożsamości). Kiedy jednak pamięć zamienia się w tożsamość, a cierpienie przestaje być postrzegane jako zwyczajna składowa ludzkiej egzystencji, tylko staje się tej egzystencji głównym składnikiem?

Należy podkreślić, że istnieje różnica między bólem i cierpieniem. Cierpienie zawsze rozgrywa się w głowie. I nawet w przypadkach ekstremalnych, takich jak śmiertelne choroby czy pobyt w obozie koncentracyjnym, można znaleźć świadectwa osób, które doświadczały bólu i trudów, ale nie cierpienia. Jak udawało im się to zrobić – to temat na inny tekst.

Cierpienie natomiast to siła silnie uzależniająca, jak wszystkie wywołujące emocje historie, które opowiadamy samym sobie. Oczywiście, nie można wymagać nadludzkiego wysiłku „bycia w tu i teraz”, odrzucania wewnętrznego monologu cały czas, nawet w przypadku przeżywania skrajnie dramatycznych wydarzeń – taki wymóg zamienia mądre postulaty duchowości i stoicyzmu w nieludzkie okrucieństwo. Niemniej sama świadomość charakteru cierpienia i niebezpieczeństw, które za sobą pociąga, może uchronić przed tworzeniem obrazu świata, w którym to cierpienie jest główną siłą jednoczącą ludzi.

„Ech, życie…”, „tak to już jest”, „wiadomo, jak jest” – za każdym razem, gdy słyszę te stwierdzenia angażuję się w ten rytuał wysławiania cierpiętniczego charakteru rzeczywistości, jako Nadrzędnego Faktu Na Temat Istnienia, chociaż wewnętrznie czuję dysonans z osobistym doświadczeniem. To tak, jakby jedną z barw, którymi namalowany jest świat, uznać za dominującą, podczas gdy w rzeczywistości zamalowane nią jest tylko parę centymetrów płótna. Czasem sprzeciwiam się, pokazuję inną stronę świata i wtedy zazwyczaj spotykam się z negacją pozytywnego doświadczenia, albo z wykluczeniem, na zasadzie powiedzenia między wierszami „łatwo Tobie to powiedzieć, ja mam pracę/rodzinę/chorobę/kredyt” i tak dalej. To jakiś błąd logiczny – WIĘKSZOŚĆ osób ma te doświadczenia, tak więc czy to oznacza, że większość osób jest nieszczęśliwa i cierpi? A może po prostu uciekamy w narzekanie, aby nie skonfrontować się z emocjami, aby nie zrozumieć, że sami dokonaliśmy konkretnych życiowych wyborów i że to sami to cierpienie wybieramy? Dlaczego wielu osobom, które narzekają na swoją rzeczywistość, wiele innych osób tej rzeczywistości zazdrości?

Uznanie cierpienia za podstawowy budulec tożsamości jest rozwiązaniem niezwykle wygodnym. Nasz mózg ma tendencję skupiania się na negatywach, tak więc bez problemu zgodzi się na perspektywę zakładającą, że odwieczne trudności to faktyczna rzeczywistość, podczas gdy zazwyczaj nie jest to faktem. Z drugiej strony skupianie się na pozytywach zbyt często prowadzi do niezdrowego wyparcia wszelkich negatywnych emocji.

Rozwiązaniem może być szczere przyznawanie się do problemów, traktowanych jako zwyczajne elementy własnej rzeczywistości. Jednak tutaj pojawia się pewna trudność – aby to zrobić, należy przejść detoks od uzależniającego, łatwego kiwania główką w odpowiedzi na malkontenctwo, na rzecz niepokoju związanego z możliwością oceny, niezrozumienia, odrzucenia. Ale też prawdziwszej, głębszej bliskości, niż przynależność przez cierpienie.

Cierpienie zaklęte w pomnik

Z faktycznego wydarzenia, jakim było Powstanie Warszawskie, pełnego syfu, cierpienia i śmierci, tworzy się gloryfikowane, nierealne wydarzenie dobrze wyglądające na filmach i w książkach dla dzieci. Wybiórczym, odartym z emocji faktom nie należy się kłaniać, tworząc z autentycznego dramatu wypolerowany pomnik. Wydaje mi się, że za dużo mówimy o „czci i chwale”, a za mało o współczuciu, przerażeniu, cierpieniu.

Czytaj dalej „Cierpienie zaklęte w pomnik”