„Watchmen”, „Mroczne materie” i przepis HBO na seriale

Co poniedziałek oglądam z zaangażowaniem największe bieżące produkcje HBO – wariację na temat kultowego uniwersum anybohaterskich bohaterów „Watchmen” oraz „Ciemne materie”, aspirujące do miejsca zostawionego po haniebnie zabitej pośpiechem „Grze o Tron” – i myślę o schematach, które tworzą jakościową telewizję.

(„Watchmeni” są wg mnie parę klas lepsi od dość młodzieżowych „Materii”, a najlepszym serialem fantasy roku 2019 jest bez wątpienia „Ciemny kryształ”, but still, są punkty wspólne, a ja mam obsesję szukania punktów wspólnych…).

Ewidentnych składników widzę kilka. (Spoilery na poziomie pierwszego odcinka).

  1. Zabawa schematami, poprzez tworzenie światów przedstawionych będących kreatywną wariacją na temat kulturowych klisz. Tutaj ukłony głównie do twórców pierwowzorów, czyli Moore’a – twórcy alternatywnej Ameryki z wątpliwymi moralnie superbohaterami i Pullmana, który sprawnie wybudował alternatywną Anglię używając fantasy tak jak należy – gadające zwierzęta nie są fanaberią, tylko reprezentacją duszy ludzi zamieszkujących ten świat. (Należy zaznaczyć, że w przypadku „Watchmenów” skonstruowano całkiem nową opowieść na podstawie komiksowego uniwersum, więc szacunek również dla Lindelofa).
  2. Tworzenie wielopoziomowej tajemnicy. (W „Materiach” – po co porywane są dzieci? Czym jest Pył? Co ukrywa Magisterium i jakie ma cele?) Każdy kolejny odcinek daje nam trochę odpowiedzi, ale też kolejne pytania.
  3. Bezkompromisowy komentarz społeczny. W „Watchmenach” od początku widzimy napięcia rasowe, temat w USA nadal aktualny i nieprzepracowany – tragiczna masakra czarnej ludności w Tulsie, którym zaczyna się serial, zdaje się wydarzeniem mało obecnym w amerykańskiej świadomości. Serial dobitnie pokazuje, że problemu rasizmu nie da się zamieść pod dywan, ale robi to tworząc skomplikowaną siatkę zależności i zarzucając, hmmm, czerno-białą perspektywę (pun not intended, Jesus…). Odkrywamy świat opowieści takim, jaki jest, jednocześnie porównując ze światem własnym i nikt nikogo tu nie bije po głowie, krzycząc „PACZ TAK BYŁO” (looking at you, polskie kino historyczne).
  4. Szanowanie inteligencji widza. To HBO umie od czasów „Rodziny Soprano”. Ważniejsza jest immersja widza, poprzez wrzucenie na głęboką wodę, niż lęk przed jego zagubieniem. To też kwestia ograniczenia dialogów informacyjnych, co powinno być podstawą, a jednak często widać to w sporych produkcjach. (Przy „Materiach” niektórzy narzekają na to, że wyjaśniania jest wręcz za mało, ale według mnie dodaje to klimatu).
  5. I punkt możliwe, że najważniejszy, też dla innych mediów sztuki, niż telewizja, czyli SZACUNEK DO MEDIUM. To materiał na osobny tekst, ale w skrócie: to, jak przekazujemy opowieść i za pośrednictwem jakich gatunków jest tak samo ważne, jak sama opowieść. To nie jest kwestia „rzemiosła” i wykonania sprawnie zadania, tylko kwestia dystansu do formuł. Serial gatunkowy musi być pretekstem, a nie ograniczeniem. „Watchmeni” to idealny przykład.

Tutaj pojawiają się „ALE”, o których wielu twórców zapomina (I’m looking at you, „1983”…).
Ad. 1. Zabawa schematami nie oznacza olania zasad budowania historii.
Ad. 2. Tworzenie tajemnicy nie oznacza hermetyzmu. To, że coś jest niezrozumiałe to nie znaczy, że z zasady jest dobre.
Ad. 3. Komentarz społeczny nie oznacza indoktrynacji i walenia OŚWIECONĄ PRAWDĄ po głowie. Nie oznacza też stwierdzania oczywistości, typu KOMUNA BYŁA CIĘŻKA I SMUTNA, czy NO NA TEJ WOJNIE TO WPIERDOL, POKAŻMY GO BARDZIEJ JESZCZE, PRZYNIEŚĆ MI WIĘCEJ SIEKIER I FLAKÓW.
Ad. 4. Szanowanie inteligencji widzów nie oznacza tworzenia dla kółka masturbacyjnego zgrzybiałej yntelygencyji artystycznej.
Ad. 5. Szacunek do medium i dystans do formuł nie oznacza, że wszystko co jest pretensjonalne, jest dobre (looking at you, „Mowa ptaków”, nie mogłem oglądać po 25 minutach, gratulacje).