
Z faktycznego wydarzenia, jakim było Powstanie Warszawskie, pełnego syfu, cierpienia i śmierci, tworzy się gloryfikowane, nierealne wydarzenie dobrze wyglądające na filmach i w książkach dla dzieci. Wybiórczym, odartym z emocji faktom nie należy się kłaniać, tworząc z autentycznego dramatu wypolerowany pomnik. Wydaje mi się, że za dużo mówimy o „czci i chwale”, a za mało o współczuciu, przerażeniu, cierpieniu.
Wiadomo, że o tych kwestiach „honorowych” mówić jest przyjemniej, ale one nie rozwiązują problemów wynikających z traum. Narracje historyczne nie są w stanie przekazać emocji, nawet najbardziej dramatyczne fakty przekazane w formie statystki tracą znaczenie humanistyczne. Nie należy mówić o „dzielnych małych powstańcach”, tylko o przerażonych (lub emocjonalnie odciętych, bywa różnie), straumatyzowanych dzieciach, nie pisać książek o „pięknych dziewczynach z powstania”, tylko pokazywać, jak wojna to piękno niszczyła, nawet jeśli „tylko” wewnętrznie. Bohaterowie to też ofiary. Nawet, jeśli żyją do dziś. (Mam świadomość, że takie książki poruszające temat dramatu wojny istnieją w tysiącach. Poruszam tutaj wyłącznie kwestię dotyczącą tego, jak odbieram najbardziej powszechną narrację dotyczącą powstania i w ogóle wszelkich wojen. Mówię o tym, że dzieci uczy się w szkole faktów dotyczących tragedii, a nie mówi się o emocjach, które z tym się wiążą. Nie pyta się ich o ich emocje z tym związane).
Rozumiem wagę opowieści o walce o wolność. Rozumiem potrzebę wzorców i bohaterów wśród przodków. Szanuję ludzi, którzy pomimo strachu walczyli z zagrożeniem. (Prawdopodobnie najbardziej tragiczne sytuacje to te, w których pacyfizm przestaje być możliwy). Problem polega na tym, że do tej pory nie wyszła z nas trauma opresji. Każde upatrywanie zewnętrznego wroga (czy to w imigrantach, czy osobach nieheteronormatywnych) to na to dowód. Ludzie krzywdzą, bo zostali skrzywdzeni. Ofiary pedofilii często stają się pedofilami, upokarzani i bici upokarzają i biją, i tak dalej. Ludzie „źli” z urodzenia (czysto neurologiczni psychopaci, których istnienie też jest niepewne) to skrajnie mały ułamek społeczeństwa. Reszta to wynik pokoleń traum i cierpienia, przenoszonego z ojców i matek na dzieci.
Uprzedzając polemikę: nie, nie twierdzę, że każdy przypadek zła wynika z pokoleniowej traumy ciągnącej się od wojny. Wojna jest zewnętrznym przejawem znajdującego się w człowieku zła. Wygranie lub koniec wojny, pokonanie przeciwnika nie jest ostateczną wygraną. Najważniejszą bronią zawsze są idee i zarażenie ideą nienawiści wobec „innych” to wielki sukces wszelkich oprawców. Słyszeliśmy o pobiciach za mówienie w Polsce po niemiecku – zrobiły to wobec siebie kolejne pokolenia. Oprawcy i ofiary dawno umarli, podczas gdy idea oprawców wciąż była żywa. To, jaką łatkę nazwy się do tej idei dolepi nie ma znaczenia. Jest to idea nienawiści.
Odpowiedzmy więc sobie na bardzo ambitne pytanie – jak skutecznie pokonać zło?
- Zrozumieć, że doświadczyło się czegoś strasznego. Przestać mówić o bohaterach – zacząć mówić o cierpieniu. Przestać śpiewać pieśni wysławiające – zacząć płakać. (Może dla jasności – tam ludzie zabijali ludzi. Mam wrażenie, że to jakoś umyka).
- Zrozumieć, że to nie nasza wina. Przemoc nie ma sensu. Nie mogliśmy „wygrać” powstania. Nawet gdyby to miało miejsce, byłaby szansa, że nasze kompleksy doprowadziłyby w stronę jeszcze większej manii wielkości i może szybko sami stalibyśmy się oprawcami. (W ogóle nie podejmuję tutaj kwestii, czy powstanie było „sensowne” czy „bezsensowne”. Jedno i drugie. Walka o wolność ludzi przypartych do muru jest czymś logicznym i zrozumiałym. Zabijanie innego człowieka nigdy nie jest sensowne. Dwie przeciwstawne wartości, których nie można pogodzić – zrozumienie takiej sytuacji tragicznej jest podstawą dla wyleczenia zła).
- Wybaczyć sprawcom. Ciężka sprawa. Ale może pomoże świadomość, że nawet sam Hitler był ofiarą traum. Przy takich gadkach ludzie zachodzą w głowę, bo myślą, że chodzi o usprawiedliwianie. Nie chodzi. Każdy, niezależnie od swojego uwarunkowania ma wybór i musi za ten wybór odpowiadać. Zabiłeś człowieka – możesz iść siedzieć. Dokonałeś ludobójstwa – jest szansa na strzelenie sobie w łeb w berlińskim bunkrze. Po prostu dla OFIAR zdrowsze jest wybaczenie. Po poczuciu wkurwu, żałoby, smutku, depresji, są dwa wyjścia – życie w nienawiści, albo wybaczenie. Szczególnie, jeśli 90% osób odpowiedzialnych za tamte wydarzenia nie żyje. Odpowiedzialność zbiorowa nie istnieje. Kropka. Ach, może dlatego nie umiemy pozbyć się myślenia o niej, bo Niemcy stosowali odpowiedzialność zbiorową wobec pomagających Żydom. Zaczynacie widzieć? Wiem, że piszę o abstrakcjach (współczucie dla zbrodniarzy i krzywdzących). Wydaje mi się, że już kiedyś ktoś o nich coś mówił tak jakieś dwa tysiące lat temu, ale mogło mi się to przyśnić… Niemniej podkreślę: jest to bardzo ciężki krok. Jest on możliwy dopiero po poczuciu, zrozumieniu i odpuszczeniu wszystkich emocji, które się z oprawcami wiążą. Nie powinien on być również przymusem: osoby, które doświadczyły traum mają prawo nie być gotowe na wybaczenie oprawcom. Jest to absolutnie w porządku.
- Zrozumieć, że powtarzamy to, co nam się przydarzyło, nawet jeśli już nie jest to aktualne, bo mózg lubi znane, nawet jak było traumatyczne. Nadal szukamy oprawców („politycy i przemysł na usługach ZACHODNICH MOCARSTW” w domyśle „bo byliśmy na łasce mocarstw przez 123 lata zaborów, dwie wojny, cały komunizm”; „geje chcą zdeprawować nasze dzieci”=”nie będzie Niemiec dzieci nam germanił!” i tak dalej). Mamy wewnątrz naszego osobistego wroga, powstałego przez traumy, ale mniej straszne od konfrontacji z nim jest wyszukiwanie wroga zewnętrznego. I wtedy sami stajemy się oprawcami. Niektórzy młodzi mężczyźni wysławiający powstanie wyznają również zasady podobne do zasad tych ludzi, wobec których w czasie powstania powstawano.
Zamykają cierpienie w pomniku walczących z oprawcami i sami się nimi stają.
Zwracam uwagę na to, że żaden punkt nie uwzględnia walki z kimś lub zmieniania kogoś…
Piąty, ostatni punkt jest najprostszy i najtrudniejszy. Zmienić zachowanie, po czym wrócić do starego zachowania, po czym pkt 4, po czym zmienić zachowanie, po czym wrócić do starego zachowania trochę mniej, po czym pkt 4, po czym…
P. S. „Wolność” jako wartość to dla mnie rzecz niezwykle istotna. Jestem pełen podziwu i szacunku dla ludzi, którzy byli gotowi poświęcić swoje życie, aby przyszłe pokolenia mogły jej zaznać (w ogólnym i wąskim rozumieniu wolności jako „niebycia w stanie permanentnej opresji stosowanej przez zewnętrzne państwo”, oczywiście. Wolność w rozumieniu szerszym to stan umysłu, ale ciężko go zaznać w tak ekstremalnej sytuacji, chociaż i takie przypadki zna historia…). Jeśli chcemy uszanować ich pamięć, to zamiast mechanicznie odprawianej minuty ciszy, lub zawłaszczania ich symboli walki jak taniej marki, kontynuujmy tę walkę. Teraz odbywa się w naszych wnętrzach i paradoks polega na tym, że aby dalej walczyć, należy się poddać. Poddać się własnym emocjom i zacząć czuć. Spotkać wroga w naszym własnym wnętrzu. I mu przebaczyć.
Fotografia: Julien Bryan
Ale wiem, że żadnych diabłów tam nie było – piekło to ludzie
PolubieniePolubienie
Nie będę komentował tekstu, ale pozwolę sobie na komentarz do załączonego zdjęcia. Zostało ono zrobione we wrześniu „roku pamiętnego” podczas oblężenia Warszawy przez czysto inferialnoaryjski Wehrmacht, a nie oddziały multi-kulti roku 44. (własowcy, „Kałmucy” et consortes z piekła rodem w szeregach niemieckiej armii). Artysta z kręgu poezji skandowanej tak zaśpiewał: „Moje miasto silniejsze od bomb” – 1914 (N) 1915 (R) 1939 (N) 1941-1944 (R) 1944 (N) – wymieniłem daty bombardowań, w nawiasach pierwszą literę ojczyzn lotników. Pozdrawiam
PolubieniePolubienie
Wydaje mi się, że mam za małą wiedzę historyczną i znajomość łaciny, żeby zrozumieć komentarz, ale dziękuję, może dla kogoś będzie ważne to uściślenie 🙂 zdjęcie wstawiłem jako ilustrację stanu emocjonalnego i traum o których piszę, nie jako ilustrację Powstania jako takiego 🙂
PolubieniePolubienie